amarone blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: wino

Pamiętam jak czytając notkę na blogu białenadczerwonym zazdrościłem autorowi możliwości spróbowania niecodziennego, wyprodukowanego w polsce, domowego wina. W swoim dość krótkim jeszcze życiu, kilkukrotnie piłem polskie wina. Czym innym są jednak trunki wytwarzane przez wybitnych fachowców w winnicach Golesz, Jasiel, czy mojej ulubionej Święty Roch, a czym innym te wytwarzane w przydomowych ogródkach. Takie wina oddają charakter „domowego winemaker’a”. Nie zawierają niepotrzebnych naleciałości. Wytwarzający je trzymają się znanych prawideł. Nie kombinują z innowacjami. Robiąc wino mają nadzieję, że wyjdzie równie smaczne jak przed rokiem i dwoma… Picie tych win zabiera nas do sielankowej krainy…
W moje ręce dostała się butelka wina zrobionego na styku Podkrapacia i Małopolski. Zgodnie z przypuszczeniami było słodkie. Niezgodnie z przypuszczeniami było całkiem niezłe… Już od początku w oczy rzuciła się barwa wina. Kolor oscylował pomiędzy wypłowiałym koniakiem, a mocną herbatą z kilkoma kroplami soku z cytryny. Był lekko mętny i błyszczący. Na ściankach pojawiały się wyraźne łezki. Zawartość alkoholu mocno powyżej 14% (na mój średnio doświadczony język między 16-18%). W zapachu dominowała nuta alkoholowa. Jednak po kilkukrotnym zakręceniu kieliszkiem, znad alkholowej woni przebił się przyjemny aromat kwiatów skąpanych w miodzie. Po ponownym zakręceniu znad kieliszka wydobył się zapach słodkiego, babcinego soku truskawkowego. W ustach dało się wyczuć sporą przewagę cukru. Wino było bardzo oleiste i krągłe. Drugi łyk zasłoczył mnie jednak bardziej niż pierwszy. Gdyby nie nadmiar cukru mozna byłoby zaryzykować stwierdzenie, że w ustach zbliżone jest nieco do średniej klasy win tokajskich. Wcześniejsze schłodzenie doskonale wyretuszowały niedociągnięcia i sprawily, że piło się je z przyjemnością.  Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się spróbować jakiegoś specyfiku od „Pana Producenta” (którego serdecznie pozdrawiam;).

P.S. Nazwa Carcassonne została nadana temu winu przeze mnie i nie wiem, czy uzyska oficjalną akceptację wytwórcy. Jesli chodzi o powody takiej nazwy, to co wnikliwsi nie będą mieli problemów z jej rozszyfrowaniem…

Zdjęcia niestety trochę zmieniły barwę wina i wyszło zbyt ciemne…

Amarone oczarowuje mnie niezmiennie od momentu, gdy zaczęła się moja przygoda z winami. Pomimo stosunkowo niedawnej fali zachwytów nad trunkiem tradycje jego wytwarzania sięgają już czasów cesarstwa Rzymskiego. To własnie Amarone było przedmiotem utworów Kasjodora. To własnie Amarone było gościem specjalnym mojej wczorajszej kolacji. Otwarte i zdekantowane 2 godziny wcześniej czekało cierpliwie na wypicie… Zanim jednak mój nos zaczął łapczywie wychwytywać wydobywające się zapachy, wcześniej w ruch poszły oczy. Ciemnogranatowa suknia z bardzo lekkimi ciemnoceglastymi naleciałościami zdradza, że będzie w świetnej kondycji również za kilka lat. Pięknie połyskująca barwa zachęca do skosztowania… Wewnątrz kieliszka pojawiają się łezki potwierdzające 15% zawartość alkoholu… Nos złożony, niezbyt krzykliwy. Przebijają się pełne (tłuste?) aromaty ciężkiej wiśniowej konfitury i wiśni w czekoladzie. W tle bardzo subtelnie przypomina o sobie wanilia. Wszystko to jest lekko przytłumione przez zapach alkoholu. Nie atakuje on jednak naszego nosa już na wejściu, lecz przenika wraz z innymi aromatami. W ustach pełne, bardzo eleganckie i świetnie zrównoważone. Bardzo świeże oraz mocne. Do tego mocno garbnikowe. Finisz bardzo długi, lekko palący – pozostawiający ślad po wielkim winie. Rzymianom bardziej niż za inne ewolucyjne wynalazki wdzięczny jestem za appassimento. Pomysł by suszyć grona na rodzynki był naprawdę epokowym odkryciem. Corvina Veronese, Rondinella i Molinara schnąc na słomianych matach wyzbywają się wody. Pozostaje coś na kształt „espresso” winnego. Sama esencja smaku! Za tę esencję trzeba jednak słono zapłacić. Nic, więc dziwnego, że wielu ludzi stojąc przed regałem Vin z Veneto ma spory dylemat, czy wybrać znakomite wino, czy udać się do sklepu obok i kupić firmowe buty (autentyczna historia;). Podobno Bertani wypuscił tylko 8300 skrzynek (czyli 49800 butelek) tego wina. Wczorajszy wieczór przyczynił się do uszczuplenia tej i tak skromnej liczby;)

Bertani Amarone della Valpolicella Classico 2000

Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że Cotnari to rumuński trunek narodowy. Co prawda Rumuni nie wspominają o nim w hymnie (jak węgrzy o tokaju;), lecz wystarczy kilka kroków do pobliskiego marketu, by przekonać się, że rodzajów Cotnari jest więcej niż leków przeciwbólowych w aptece. Słynny niegdyś na całą Europę (także Polskę) trunek, czasy świetności ma już jednak za sobą. Jeden z największych ośrodków winiarskich zamienił się dziś w podupadającą wieś. Z wyjasnieneim tego zjawiska po raz kolejny przychodzą statystyki. Rumunia jest na szóstym w Europie i na dziesiątym na świecie (przynajmniej wg. A. Domine) producentem wina. Co jednak ciekawe niemal 90% wyrobów jest produkowanych na lokalne potrzeby. O ile w sąsiedniej Mołdawii 9 na 10 butelek eksportowanych jest do Rosji, o tyle w Rumuni dzieje się dokładnie odwrotnie. Produkcja na lokalne potrzeby zawsze zaś wiąże się z niższą jakością, niż w przypadku trunków eksportowych. Cotnari jest niestety tego najlepszym przykładem. Białe deserowe wina o dość dużej zawartości cukru (około 50g na litr) i alkoholu porównywane często bywają do węgierskich furmintów. W moje ręce ( i podniebienie) takie cotnari jednak nie wpadło… Wpadło natomiast Cotnari Francusa z 2007 roku. Odznaczone kilkoma nagrodami (niestety wszystkie przyznane zostały przez krajan) wino charakteryzuje się dość jasnym, wyblakłym, słomkowym kolorem. Smak w pełni odpowiada przypuszczeniom. Oleistość oraz lekka budowa poprarta dużą kwasowością to cechy charakterystyczne wina. W kieliszku panował nastrój owocowo – kwiatowy z domieszką miodu. Bukiet nie był jednak nad wyraz przyjemny i intensywny. Również finisz pozostawiał wiele do życzenia. Niepochlebna recenzja spowodowała nowy zakup. Na etykiecie drugiej opróżnionej butelki widniał napis Cotnari Dealul Catalina (żeby było ciekawiej etykieta była pionowa;). Reklamowane jako zwycięzca konkursu w Kiszyniowie nie spełniło jednak pokładanych w nim nadziei. Bardzo lekkie półwytrawne wino spotęgowało przekonanie o bardzo słabej kondycji rumuńskiego winiarstwa. Nienajlepsza równowaga wzbogacona pozbawionym wyrazu kwiatowym bukietem idą w parze z krótkim finiszem i pionową etykietą;) Na obronę wina przyznać muszę, że pomimo wielu ułomności są przesłanki by uznać jest za eleganckie… Wypite cotnari wbrew temu co uważa producent są typowymi winami codziennymi. Cieszyć się nimi można zarówno podczas obiadu, jak i w upalny dzień.

Poniżej zdjęcia płyt nagrobnych najzagorzalszych zwolenników Cotnari.
P.S. Mam nadzieję, że miłośnicy Amarone tak nie kończą;)
 

Mołdowa to specyficzny kraj. Wjeżdżając do niego pierwszy raz, uderza poczucie bycia niechcianym intruzem. Gdy „inastraniec” pojawia się na ulicy, to milkną głośne rozmowy, a wszystkie nieufne oczy wędrują w jego kierunku. Wydawać by się mogło, że kraj, którego ponad 60% dochodu z eksportu stanowi wino, powinien czerpać pełnymi garściami z „otwartej” kultury winnej. Nic bardziej mylnego… A to z powodu głównego odbiorcy… Obecnie 90% mołdawskich win trafia do Rosji. Co więcej są to przeważnie wina niezłej klasy i tubylcom pozostają jedynie te gorszej jakości. Na szczęście istnieją jeszcze punkty gdzie znaleźć można edycje prestiżowe, które nie zostały wysyłane do wschodniego wielkiego brata.
Gdy w 1984 roku Michaił Gorbaczow wypowiedział wojnę wysokiemu spożyciu alkoholu na Mołdowie odbiło się to bardzo mocno. Podobne zdarzenie miało miejsce, gdy niedawno embargo na mołdawskie wino zostało wprowadzone, tym razem z powodów politycznych. Mołdawianie nie zrezygnowali jednak z produkcji szlachetnego trunku. To co uderza najbardziej, to uprawy na każdym wolnym metrze przestrzeni. Winnice spotkać można na każdym kroku. Począwszy od stelaży nad wjazdem do garażu, a na kilkudziesięcio hektarowych plantacjach w odległości mniejszej niż 5 kilometrów od stolicy kraju skończywszy. Wino uprawia się jednak przede wszystkim na własny użytek i ciężko jest namówić kogokolwiek na sprzedaż swojego wyrobu.
Na początek na tapetę wzięte zostanie cuvee z jednej z dwóch największych piwnic winnych świata, Cricovy. Edycja prestizowa, przeznaczona głównie na eksport nie jest zbyt łatwo dostępna w okolicznych sklepach. To błąd! Cuvee Cricova Spumante Brut to niesamowite wino musujące. Niesamowite, szczególnie jesli weźmiemy pod uwagę jego cenę. Gdy za 5 euro możemy dostać butelkę wybornego trunku produkowanego tradycyjną metodą szampańską, to grzechem jest nie skorzystać z okazji. Leżakujące przeszło 30 miesięcy w butelce wino nie odbiega od uznanych szampańskich marek. Jasna suknia jest doskonałym tłem dla (prawie) perlistego trunku. Trunku, który na podniebieniu zaskakuje elegancją i delikatnością. Niezwykła harmonia i wyważenie sprawia, że muszę dołączyć tę butelkę do kategorii najlepszych win musujących jakie piłem. Przesiąkniete gruszką aromaty miodu i słonecznika dopełniają doskonały efekt. Finisz długi i niezwykle przyjemny, lekko palący w ustach. Nie wiem, czy można kupić je w Polsce, ale polecam każdemu, kto chce skosztować doskonałego „szampana” , a nie dysponuje 250 złotymi na trunek z tego regionu.

Przepraszam za zły format zdjęcia;) , ale postanowiłem je zostawić. Ktoś niedawno powiedział mi, że Mołdawia, to „kraj inny niż inne”, więc to zdjęcie też takie będzie;)

Analogii pomiędzy winem, a życiem codziennym jest nieskończenie wiele… Tym razem nasunęło mi się następujące porównanie… Ogromny wpływ w naszym życiu ogrywają przypadkowe wydarzenia, przypadkwo spotkani ludzie i przypadkowe miejsca… Przypadkowe tylko na pozór, gdyż podświadomie do nich dążymy. Podobnie się dzieje w świecie wina. Często kupiona i wypita bez większego namysłu butelka może nam na długo zaszumieć w głowie… Tak właśnie było w moim przypadku. Ubóstwiam Amarone, uwielbiam Brunello i rozkoszuję się Barolo, jednak moje myśli ciągle zaprząta niepozorne Bardolino. Michael Schuster napisał kiedyś o nim „mało interesujące”. Coś w tym jest, jednak jak zawsze w grę wchodzą indywidualne preferencje. Bardolino zbudowane jest z typowej dla Veneto „mieszanki” : bazowa Corvina połączona w celu uzyskania koncentracji i charakteru z Rondinellą następnie „wygładzona” Molinarą. Wino to urzeka mnie przede wszystkim doskonałym odwzorowaniem regionu. Leniwe i beztroskie wieczory nad jeziorem Garda zamknięte są w butelce niezobowiązującego wina. Tym razem miałem przyjemność kosztować Bardolino Classico z bodegi Delibori. Ono również nie odbiegało od wytyczonego schematu. Żywe, lekkie z wyczuwalnymi aromatami wiśni (właściwie wiśniowej konfitury;) i lekkimi nutami migdałowymi. Intensywny kolor i średniej długości finisz dopełniają efekt. Jak dla mnie jedno z najlepszych „win dnia codziennego”. Mocne schłodzenie wina pozwala zatuszować jego niedoskonałości, ale również cieszyć się jego świeżością w upalne dni. Co prawda degustujący je trafili na pierwszy od miesiąca deszcz, ale i to nie przeszkodziło im w radosnej  konsumpcji;)

Kaprys…

Brak komentarzy

Kaprys to krótki utwór muzyczny w którym najważniejsze jest pokazanie wirtuozerii grającego. W świecie wina kaprysami nazwać możemy lekkie i przyjemne trunki. Trunki, które sprawiają radość picia, bez konieczności specjalnego skupienia i dekantacji. Jak już kiedyś pisałem wino możemy dobrać nie tylko do potraw (i filmów;), ale również do miejsca w którym je wypijemy… Podziwiającym niezwykłe pejzaże towarzyszyła butelka włoskiego dolcetto. Dolcetto di Dogiliani (’08) to wino lekkie i przyjemne. Po otworzeniu butelki uderza bukiet pełen jeżyn i borówek. Zza nich delikatnie przebija się migdałowe tło. Odpowiednia równowaga garbników i świeżej kwasowości w połączeniu z niską zawartością alkoholu (12,5%) daje zadowalający efekt. W ustach żywe. Wszysto to w połączeniu z umiarkowanym finiszem czyni dolcetto podobnym do win półwytrawnych. Godne do polecenia każdemu, kto chce spędzić wieczór bez zbytniego patosu, sztywnej atmosfery i karafki dekantacyjnej…

Dobór wina do potrawy jest sprawą dość istotną. Ostatnio przekonałem się, że istotny jest także dobór wina do filmu. Inne wino wypijemy wpatrzeni w ekran na, którym wyświetlane są filmy z chuckiem norrisem, a inne podziwiając Ala Pacino. Oglądając świetną angielską komedią „death at the funeral” raczyliśmy się gewurztraminerem. Uwielbiam gewurztraminery. Ich jedyną wadą jest nazwa… (Za długa i zbyt niemiecka;) Tym razem w nasze ręce wpadła butelka gewurztraminera(2007) z regionu trydent-górna adyga (okolice appiano). Winnica St. Michael-Eppan robi świetne białe ( z czerwonymi troszkę gorzej) wina. Od tej reguły nie było odstępstwa i tym razem. Niezwykle aksamity i oliesty trunek o bardzo kwaitowym zapachu z przebijającymi się nutami goździków, cytrusów i róż(?) sprawdził się znakomicie do świetnej, pełnej czarnego humoru, angielskiej komedii. Przyjemny i krągły w ustach, niezbyt zobowiązujący, a do tego świetnie zrównoważony i elegancki ( co nie zawsze w gewurztraminerach się udaje).Wino zdecydowanie godne polecenia.

Platanos;)

2 komentarzy

Dzisiejszy post niewiele będzie miał wspólnego z notką degustacyjną. Będzie to post z pogranicza chemii i sztuki;). Chciałem podzielić się ciekawym spostrzeżeniem (ciekawym dla mnie, ponieważ dojrzalsi winopijcy mogli się już z tym z tym zjawiskiem zetknąć i nie budzi ono ich zdziwienia;) Mocne aromaty zielonych bananów w czerwonym winie wydawały mi się całkowitą abstrakcją, jednak tylko do czasu… Niedawno trafiłem właśnie na ten egzotyczny aromat pijąc w jednym kieliszku (bez przemywania oczywiście;)i w odpowiedniej kolejności: Rosso Sant Antimo (w moim wypadku był to rocznik 2001 od Capanny), następnie Porto Ruby(Ramos Pinto), na koniec, zaś do kieliszka dostał się australijski shiraz (Jindalee Estate z ’08). Krótką chwilę po napełnieniu szkła ostatnim z wymienionych trunków uderzył mnie zapach bananów. Nie był on jednak delikatny i subtelny, lecz niesamowicie intensywny. Był odpowiednikiem zapachu bananów przykładanych wprost przed nos przez ulicznych sprzedawców. Z jego wyczuciem poradziliby sobie chyba wszyscy (nawet cierpiący na „wieczny katar”). To w jaki sposób łączą się estry nigdy nie przestanie mnie zadziwiać… Swoją drogą ciekawe, czy połączenia innych win kryją jeszcze większe sensacje zapachowe?


Czytając blogi vinogranie, białenadczerwonym, czy iwnies nachodzi mnie pewna refleksja: Jaki winopijca – takie wino;) Oni opisują świetne, dość unikatowe wina, a ja mam w swoim udziale te nieco bardziej pospolite i prostsze. Mam jednak nadzieję, że mój czas tez kiedyś nadejdzie;) Pijcie Gruzińskie wina pisał Hugh Johnson na wstępie „Wino sztuka i nauka”. Idąc za jego radą i korzystając z faktu, że za wschodnią granicą wybór win gruzinski jest o niebo lepszy niż w Polsce postanowiłem wraz ze znajomymi takie wino zakupić. W nasze ręce wpadło Tsinandali. Tsinandali to region w Kacheti słynący ze znakomitych białych win. Niestety do sklepów, podobnie jak w Polsce, przedostają się w znacznej mierze wina masowe. Dominującymi producentami z regionu są Shumi i Teliani Valley ( o ile się nie mylę wina Teliani są dostępne w Gruzińskim Chaczapuri w Krakowie). Tsinandali to zestawienie dwóch regionalnych( choć występujących również u sąsiadów) szczepów: Rkatsiteli i Mtsvane. To połączenie daje winu dość jasny „zielonkawo-słomkowy” kolor i kwiatową nutę zapachową. Wyczuć można również lekkie nuty owocowe (żółte śliwki?). W ustach przyjemnie łagodne, lekko mineralne i harmonijne. Smak zwieńczony jest umiarkowanym finiszem. Tsinandali to wino dobre w swojej klasie. Nie wywołuje zachwytów, lecz z pewnością jako niezobowiązujące wino radzi sobie całkiem nieźle. Już na sam koniec przykra refleksja, która mnie naszła podczas pobytu w Kijowie (Kyjewie jak mówią tubylcy;). W każdym niemal sklepie jest większy wybór niż w jego polskim odpowiedniku – w małym sklpeiku przy bazarze (hali targowej) kilkanaście butelek do wyboru, w lokalnej piekarni sporo więcej, niż w naszych ( o ile w naszych piekarniach też są wina;), w sklepie wielkości naszych małych delikatesów dwa regały z winami, kolejne dwa z koniakami i whisky( w sklepie regałów było około 10… ;)

Dziękuje p. Łukaszowi za dostarczoną mi lekturę i wczorajszy obiad w dobrym towarzystwie;)

Niska cena i niska temperatura skłoniły mnie do zakupu, który na codzień by się nie wydarzył;) Ukraiński muskat z pięknym słonecznikiem na etykiecie z prawdziwym muskatem niewiele miał wspólnego. Rodzina muscat jest dość szeroka i przybierać może smaki od wytrwanych po bardzo intensywnie słodkie. Mogą być winami musującymi o niewielkiej zawartości alkoholu, ale również bardzo solidnymi winami deserowymi. To co miałem w ustach nie miało jednak z tym niczego wspólnego… Już w „pierwszym nosie” mocno wyczuwalny był aromat słonecznika, który po zmieszaniu (niestety nie kieliszka, a szklanki;) dopełnił się lekko pomarańczowym aromatem. Oba te aromaty nie były jednak aromatami jakie chciałoby się wąchać. Podobnie i wino nie było trunkiem, który chciałoby się pić. Ciemnozłoty kolor sugerował nieco lepszy smak… Wino było żywe i dość świeże, jednak zupełny brak balansu i pozostające w ustach uczucie „taniości” (nie taninowości;) zupełnie je dyskredytowały. Było zbyt oleiste i mdłe. Nie wiem, czy istnieje potrawa, która stanowiłaby do niego dobraną parę… Dawny spichlerz związku radzieckiego dziś w świecie wina nie radzi sobie zupełnie. Nie wiadomo, czy słabe ukaińskie wina to zasługa Michaiła Gorbaczoba i jego wojny wypowiedzianej wysokiemu spożyciu alkoholu w 1984 roku, czy też zupełnego braku stylu i umiejętności. To dość specificzne, bo kraje sąsiednie mogą się poszczycić duże większymi zasługami. Zarówno Słowacja, jak i Węgry oraz Rumunia potrafią robić wina naprawdę wielkie. Jak widać umiejetność poszczególnych narodów do robienia win nie wynika jedynie z tradycji. (znalazłem informację, że na Ukrainie został zlokalizowany już na początku XIX wieku słynny instytut badawczy winorośli w Magaraczu.) Nie wiem, czy 30 lat temu ukraińskie wina smakowały podobnie, ale jesli tak było to chwała Gorbaczowowi, że dzięki niemu wiele „winnych” plantacji zamieniono na plantacje melonów…


  • RSS