amarone blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: degustacja-wina

W notce tej opisane miały zostać Lidlowskie rakiety V 1 i V 2 (czyli Vespral reserva i gran reserva) za odpowiednio 15 i 16 PLN. O nich będzie jednak krótko. Wina średniej klasy, powiewające cienizną. Jednocześnie muszę przyznać, że to wina o najlepszej relacji jakości do ceny z trzech odtychczas pitych w ramach winnych wtorków (Australijski kupaż chardonay i semillon za ponad trzydzieści złotych i niemiecki riesling za prawie sześćdziesiąt zdecydowanie ustępują na tym polu). Tylko przedstawiciel handlowy lokalnego importera może spodziewać się po gran reservie za 15 złotych cudów… Moja ocena (albo z dedykacją dla „romana” z deo – nasze „wyczuwalne” oceny) 5/10.

Tutaj następuje płynne przejście do drugiego tematu. Drażni mnie wszechwiedza Polaków. Drażni mnie to, że każdy jest najlepszym kandydatem na trenera męskiej reprezentacji piłkarskiej, najlepszym minitrem finansów, a po 30 edycjach tańca z gwiazdami najlepszym jurorem tanecznym… Niestety tendencja ta dotarła również do wina w internecie, gdzie co rusz ktoś wylewa swoje nieuzasadnione frustracje na innych…

1)  Nie rozumiem ironii związanej z winnymi wtorkami. To, ze oceny są różne – często zgoła odmienne ? Jeżeli to jest prawdziwa opinia, to piszący to jest winnym dyletantem. Wystarczy wspomnieć, że na najsłynniejszej światowej degustacji w ciemno z 1976 roku wśród jurorów oceny jednego wina różniły się nawet o 11 punktów w skali od 1 do 20 ! O rozbieżnościach w obecnych konkursach nie wspomnę… Pisząc notki i degustując wino każdy się uczy… Uczymy się oceniać i degustować. Możliwość porównania z innymi naprawdę dużo daje.
2) Nagonka na wszystkie błędy, nawet te najdrobniejsze, popełnione przez MW, Vintrips itp. – po co? Bezpiecznie jest komentować i wytykać błędy sprzed własnego ekranu, gorzej jednak gdy się samemu zostanie wezwanym do tablicy…
3) Dla ziejących jadem przesyłam Panią, która niedawno swoim szpadlem pozbawiła internetu Gruzinów i Ormian…

Około trzy tysiące lat przed przyjściem na świat Jezusa Chrystusa, w północnej części Izrealea i bliskiej okolicy wzgórz Golan istniało miasto Laisz. Żyli w nim ludzie dobrzy, lecz beztroscy. Nie mieli wrogów i z nikim nie prowadzili zatargów. Trudnili się handlem i rolnictwem. Pili dużo wina, a także cieszyli się z dostatniego życia. Niestety, podobnie jak każda butelka ma określoną pojemność, tak i każdy rozkwit ma swój koniec. W drugim tysiącleciu miasto zostało złupione i podbite przez izrealitów z plemienia Dan, którzy zmienili nazwę „Laisz” na (i tutaj następuje zaskoczenie) „Dan”. Miasto zasłynęło w Bibli jako „dom Dawida”. Obecnie znajduje się tam słynne stanowisko archeologiczne, a wokół niego rozciągają się dziesiątki hektarów upraw winnej latorośli…

Monfort Village 2009 to mieszanka Carignan i Argaman. Ten pierwszy, to szczep o pochozeniu francuskim, cechujący się „mało szlachetnym” charakterem. Wytwarzane z niego są głównie wina stołowe. Aby pozbawić go pospolitego smaku winiarze często wygładzają je poprzez kupoać (chociażby z Grenache). Izraelscy enologowie postanowili je jednak połączyć z równie „płaskim” Argaman. Jest to krzyżówka portugalskiego Souzao i … Carignan! Po portugalskim „ojcu” odziedziczył ciemno purpurowy kolor (stąd nazwa, która pochodzi z lit. :Argaman – purpura), po francuskiej „matce” otrzymał w spadku wysoką wydajność i doskonałe przystosowanie do suchego izraelskiego klimatu. Lepiej dla wszystkich byłoby jednak gdyby efekty pracy eksperta od gleb wulkanicznych Roia Spiegela i enologa Sholmo Cohena wykorzystywane były w innych celach…

Monfort Vilage 2009 to wino fatalne! Płaskie w smaku i nieciekawe w nosie, a co najstraszniejsze: o obrzydliwym finiszu!
O winach izraelskich wiem tyle co nic, więc postanowiłem rozpocząć praktyczną edukację. Sięnąłem, więc po podstawowe wino z przedziału cenowego 20 – 25 PLN (bo nie sztuka zacząć od górnej półki). Już kolor – niezwykle ciemny, ale w kieliszku sprawiający wrażenie „rzadkiego” zwiastował nieszczęście. Pierwszy nos przyniósł trochę owoców leśnych, drugi … owoców leśnych wzbogaconych o zapach mokrej sierści i dymu. Największe rozczarowanie czekało jednak w ustach, gdzie już na początek przebijało się silne wrażenie „dosłodzonej półwytrawności”podsycane przez średnią taniczność, zupełnie zlekceważoną kwasowość oraz tragiczny, gorzki finisz!

Wina tego nie polecam nikomu! Barkan Winery sprzedaje rocznie 10 milionów butelek. Monfort Village stanowi istotny odsetek z tej puli. Jak to możliwe, że znajduje tylu nabywców? Nie wiadomo, czy etykieta „koszerne” mu pomaga. Nie wiadomo też, czy ten smak w połączeniu z niską ceną po prostu nie trafia w gusta dyletantów i ignorantów smakowych… Z tym winem nic nie wiadomo…

P.S. Na zakończenie słowo jeszcze o importerze. OKTAN ENERGY oprócz importu win zajmuje się również sprzedażą paliw płynnych…  Czyżby zatem szukali win, które wpisują się w ich portfolio?

Nie sądziłem, że doczekam takich czasów… Jeśli już, to nie tak szybko i nie w Polsce… A tu proszę… Piszę tę notkę siedząc w ekspresie, który spokojnie mógłby poruszać się po torach w Niemczech i Austrii… Kabel od komputera spoczywa w gniazdku umieszczonym pod siedzeniem (i ładuje!!), z foteli nie wystaje gąbka, kontroler dziękuje za okazanie biletu, a konduktor przypomina o bagażu i cieszy się ze wspólnej podróży… Gdzie ja jestem?! Po tym niecodziennym wstępie ocena wina byłaby zupełnie zaburzona, gdyby nie popełnione wcześniej notatki. Tym razem na mój(właściwie nasz, bo niezbyt często piję sam) język trafiło sycylijskie corvo rosso z 2007 roku. Podarowane przez bliskiego przyjaciela z jednej okazji, wypitej zostało z innej… Tradycje Corvo rosso sięgają połowy XIX wieku. Jest to mieszanka nero d’Avola i Nerello Mascalese. Suknia intensywna, niemal granatowa, lekko połyskująca. W kieliszku wyczuwalne zapach owoców z przebijającą się wiśnią. Da się również wyczuć wpływ dębiny. W ustach przyjemne z niezłym balansem i dość długim finiszem. Producent (za pośrednictwem etykiety) rekomenduje temperaturę podawania pomiędzy 13 -15 C. Ja (za pośrednictwem bloga) rekomenduję jako idealne wino na niezobowiązującego letniego grilla.

Po raz kolejny jednego dnia pojawia się nadzwyczajny urodzaj notek. Klęska urodzaju sprawiła, że teraz na tapetę wzięte zostaną zorganizowane w Krakowie Dni Węgrzyna. Na początek o samej ideii. Patronat honorowy ambasady i urzędu miasta, zaproszenie czołowych producentów oraz dostosowanie profilu imprezy do wielu gustów spowodowało całkiem niezłą inaugurację cyklu (mam bowiem nadzieję, że takowe będą odbywać się rokrocznie). Motywem przewodnim pierwszego dnia były wina z okoli Egeru. Prowadzona przez dr Lajosa Gala degustacja była naprawdę imponująca. Znany pod pseudonimem „mister Bikaver” człowiek poprowadził słuchaczy w niesamowitą podróż po swoich winniacach. Na największa uwagę zasługuje zdecydowanie Egri Bikaver Superior 2006. Walczący o wysoki poziom egerskiego trunku dr Gal postanowił produkcją tego wina zapoczątkować produkcję Bikavera z górnej półki. Zalewany tanim egerskim winem rynek, zdecydowanie powinien poznać efekty jego pracy. Wino było naprawdę doskonałe. Odpowiednie zaostrzenie limitów (np.  podczas zbiorów – 8 gron zamiast 14) spowodowało, że Egri Bikaver Superior może odnieść spory sukces. Bardzo ciemna, niemal fioletowa suknia, a w kieliszku nuty czarnego pieprzu (przechodzącego w anyż) oraz przebijające się w tle czarne porzecki i maliny. W ustach niezwykle eleganckie, dobrze zbalansowane, z silnie wyczuwalnymi taninami. Zdecydowanie godne polecenia. Oprócz wspomnianego bikavera na uwagę zasługuje jeszcze Sirler z rocznika 2008. Ten czwarty, według węgrów rodzaj wina (coś pomiędzy różowym, a czerwonym) jest trunkiem krótko macerowany na skórkach, tak by nie nabrać zbyt głębokiego koloru. W efekcie powstaje wine lekko taniczne, pełniejsze w budowie (niż różowe) oraz (podobno cecha charakterystyczna) łatwo przechodzące w ustach (glicerynowe). Wyczuwalne aromaty różane i owocowe. Po powrocie z Egru do nierównego pojedynku stanęły polskie wina. Z góry skazane na klęskę nie mogły przeciwstawić się silnym węgierskim konkurentom i wywołały sporo „kąśliwych uśmiechów” wśród degustujących.
Drugi dzień upłynął pod znakiem Tokaja. Doskonali producenci (z Oremusem na czele) zaprezentowali swoje najlepsze trunki. Począwszy od wytrawnych, przez samorodnie, a na esencji skończywszy. W tej kategorii moją uwagę zwróciły 3 wina. Pierwsze z nich to Oremus Late harvest 2006. Nazwa świadcząca o późnych zbiorach jest, jak przyznał sam producent, nowym pomysłem marketingowym. Owe „późne zbiory” rozpoczynają się w momencie, gdy przynajmniej 50% gron jest zasuszonych przez wszechomocne botrytis. Bardzo oleiste wino o niezwykłych miodowych aromatach doskonale sprawdza się jako digestiw. Nie za słodkie, dobrze wyważone o przyjemnym, sługim finiszu. Nieco inny styl reprezentuje 5 putoniowy Tokaj Oremus z 2002 roku.  Piękna ciemnozłota barwa ze słomkowymi refleksami; aromat orzechów skąpanych w miodzie,a  do odpowiedni balans i oleistość. Według winiarzy przed tymi winem rysują się dobre perspektywy na przyszłość, toteż warto zachomikować choć jedną butelkę. Ostatnim z opisywanych tokajów będzie Eszencia z 2000 roku. Wino, które bardziej przypomina syrop i zawiera między 800, a 900 g cukru na litr, ma piękną złocisto-burstztynową, mocno błyszczącą, suknię. Po „wwąchaniu sie” w kieliszek wyczuć możemy tłusty miodowy zapach w kwiatowym otoku. W ustach przyjemne wrażenie sprawia gęsta „faktura syropu” połączona z niską zawartością alkoholu(6,5%). W 2000 roku z 1ha udało się wyprodukować zaledwie 2,5 litra eszenci, toteż jej astronomiczna cena nie powinna nikogo dziwić. Z pewnością jednak warta jest tych pieniędzy, w końcu to vinum rex, rex vinorum.
Na zakończenie gratulacje dla CV, urzędu miasta i pozostałych organizatorów za naprawdę dobrą imprezę w której można było wysłuchać ciekawych wykładów i wziąć udział w profesjonalnej degustacji, ale również napić się na małym rynku „byczej krwi” z plastikowego kubeczka…

Egri Bikaver Superior z twarzą Leonardo symbolizującego renesans wielkich win egerskich

Moje zachwyty nad Mołdową i mołdawskimi (lub też mołdowskimi) winami zostały nieco zweryfikowane podczas ostatniego grila. Podczas uprawiania ulubionej i jedynej dyspcypliny sportu w której zdobywamy medale (co roku polacy wygrywają mistrzostwa świata w grilowaniu…)towarzyszyła nam butelka Cricova Codru 2001. 11 procentowa bordoska mieszanka szczepów w wykonaniu mołdawskim wypadła dobrze, choć (zapewne nie z własnej winy) nieco rozczarowała. Na początek niezbyt wyrazisty bukiet z lekko dającymi się wyczuć aromatami czarnej porzeczki i wiśni. Nos sprawiał jednak wrażenie nieco „zwietrzałego”… W ustach nieźle zbudowane, bardzo mocno taniczne, jednak znów pojawia się coś dość specyficznego, coś co określić można jako „czerstwość wina”. Całość sprawiała wrażenie jakby w Codru zabrakło jednego z istotnych elementów, jakby coś się ulotniło. Możliwe, że złe przechowywanie na mołdowskich półkach, lub jakaś wada przeszkodziły mu zaprezentować się w pełnej krasie. Możliwe również, że zostało otwarte zbyt późno. Tak, czy inaczej grill u babci okazał się całkiem udany;)

Pamiętam jak czytając notkę na blogu białenadczerwonym zazdrościłem autorowi możliwości spróbowania niecodziennego, wyprodukowanego w polsce, domowego wina. W swoim dość krótkim jeszcze życiu, kilkukrotnie piłem polskie wina. Czym innym są jednak trunki wytwarzane przez wybitnych fachowców w winnicach Golesz, Jasiel, czy mojej ulubionej Święty Roch, a czym innym te wytwarzane w przydomowych ogródkach. Takie wina oddają charakter „domowego winemaker’a”. Nie zawierają niepotrzebnych naleciałości. Wytwarzający je trzymają się znanych prawideł. Nie kombinują z innowacjami. Robiąc wino mają nadzieję, że wyjdzie równie smaczne jak przed rokiem i dwoma… Picie tych win zabiera nas do sielankowej krainy…
W moje ręce dostała się butelka wina zrobionego na styku Podkrapacia i Małopolski. Zgodnie z przypuszczeniami było słodkie. Niezgodnie z przypuszczeniami było całkiem niezłe… Już od początku w oczy rzuciła się barwa wina. Kolor oscylował pomiędzy wypłowiałym koniakiem, a mocną herbatą z kilkoma kroplami soku z cytryny. Był lekko mętny i błyszczący. Na ściankach pojawiały się wyraźne łezki. Zawartość alkoholu mocno powyżej 14% (na mój średnio doświadczony język między 16-18%). W zapachu dominowała nuta alkoholowa. Jednak po kilkukrotnym zakręceniu kieliszkiem, znad alkholowej woni przebił się przyjemny aromat kwiatów skąpanych w miodzie. Po ponownym zakręceniu znad kieliszka wydobył się zapach słodkiego, babcinego soku truskawkowego. W ustach dało się wyczuć sporą przewagę cukru. Wino było bardzo oleiste i krągłe. Drugi łyk zasłoczył mnie jednak bardziej niż pierwszy. Gdyby nie nadmiar cukru mozna byłoby zaryzykować stwierdzenie, że w ustach zbliżone jest nieco do średniej klasy win tokajskich. Wcześniejsze schłodzenie doskonale wyretuszowały niedociągnięcia i sprawily, że piło się je z przyjemnością.  Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się spróbować jakiegoś specyfiku od „Pana Producenta” (którego serdecznie pozdrawiam;).

P.S. Nazwa Carcassonne została nadana temu winu przeze mnie i nie wiem, czy uzyska oficjalną akceptację wytwórcy. Jesli chodzi o powody takiej nazwy, to co wnikliwsi nie będą mieli problemów z jej rozszyfrowaniem…

Zdjęcia niestety trochę zmieniły barwę wina i wyszło zbyt ciemne…

Amarone oczarowuje mnie niezmiennie od momentu, gdy zaczęła się moja przygoda z winami. Pomimo stosunkowo niedawnej fali zachwytów nad trunkiem tradycje jego wytwarzania sięgają już czasów cesarstwa Rzymskiego. To własnie Amarone było przedmiotem utworów Kasjodora. To własnie Amarone było gościem specjalnym mojej wczorajszej kolacji. Otwarte i zdekantowane 2 godziny wcześniej czekało cierpliwie na wypicie… Zanim jednak mój nos zaczął łapczywie wychwytywać wydobywające się zapachy, wcześniej w ruch poszły oczy. Ciemnogranatowa suknia z bardzo lekkimi ciemnoceglastymi naleciałościami zdradza, że będzie w świetnej kondycji również za kilka lat. Pięknie połyskująca barwa zachęca do skosztowania… Wewnątrz kieliszka pojawiają się łezki potwierdzające 15% zawartość alkoholu… Nos złożony, niezbyt krzykliwy. Przebijają się pełne (tłuste?) aromaty ciężkiej wiśniowej konfitury i wiśni w czekoladzie. W tle bardzo subtelnie przypomina o sobie wanilia. Wszystko to jest lekko przytłumione przez zapach alkoholu. Nie atakuje on jednak naszego nosa już na wejściu, lecz przenika wraz z innymi aromatami. W ustach pełne, bardzo eleganckie i świetnie zrównoważone. Bardzo świeże oraz mocne. Do tego mocno garbnikowe. Finisz bardzo długi, lekko palący – pozostawiający ślad po wielkim winie. Rzymianom bardziej niż za inne ewolucyjne wynalazki wdzięczny jestem za appassimento. Pomysł by suszyć grona na rodzynki był naprawdę epokowym odkryciem. Corvina Veronese, Rondinella i Molinara schnąc na słomianych matach wyzbywają się wody. Pozostaje coś na kształt „espresso” winnego. Sama esencja smaku! Za tę esencję trzeba jednak słono zapłacić. Nic, więc dziwnego, że wielu ludzi stojąc przed regałem Vin z Veneto ma spory dylemat, czy wybrać znakomite wino, czy udać się do sklepu obok i kupić firmowe buty (autentyczna historia;). Podobno Bertani wypuscił tylko 8300 skrzynek (czyli 49800 butelek) tego wina. Wczorajszy wieczór przyczynił się do uszczuplenia tej i tak skromnej liczby;)

Bertani Amarone della Valpolicella Classico 2000

Można śmiało zaryzykować twierdzenie, że Cotnari to rumuński trunek narodowy. Co prawda Rumuni nie wspominają o nim w hymnie (jak węgrzy o tokaju;), lecz wystarczy kilka kroków do pobliskiego marketu, by przekonać się, że rodzajów Cotnari jest więcej niż leków przeciwbólowych w aptece. Słynny niegdyś na całą Europę (także Polskę) trunek, czasy świetności ma już jednak za sobą. Jeden z największych ośrodków winiarskich zamienił się dziś w podupadającą wieś. Z wyjasnieneim tego zjawiska po raz kolejny przychodzą statystyki. Rumunia jest na szóstym w Europie i na dziesiątym na świecie (przynajmniej wg. A. Domine) producentem wina. Co jednak ciekawe niemal 90% wyrobów jest produkowanych na lokalne potrzeby. O ile w sąsiedniej Mołdawii 9 na 10 butelek eksportowanych jest do Rosji, o tyle w Rumuni dzieje się dokładnie odwrotnie. Produkcja na lokalne potrzeby zawsze zaś wiąże się z niższą jakością, niż w przypadku trunków eksportowych. Cotnari jest niestety tego najlepszym przykładem. Białe deserowe wina o dość dużej zawartości cukru (około 50g na litr) i alkoholu porównywane często bywają do węgierskich furmintów. W moje ręce ( i podniebienie) takie cotnari jednak nie wpadło… Wpadło natomiast Cotnari Francusa z 2007 roku. Odznaczone kilkoma nagrodami (niestety wszystkie przyznane zostały przez krajan) wino charakteryzuje się dość jasnym, wyblakłym, słomkowym kolorem. Smak w pełni odpowiada przypuszczeniom. Oleistość oraz lekka budowa poprarta dużą kwasowością to cechy charakterystyczne wina. W kieliszku panował nastrój owocowo – kwiatowy z domieszką miodu. Bukiet nie był jednak nad wyraz przyjemny i intensywny. Również finisz pozostawiał wiele do życzenia. Niepochlebna recenzja spowodowała nowy zakup. Na etykiecie drugiej opróżnionej butelki widniał napis Cotnari Dealul Catalina (żeby było ciekawiej etykieta była pionowa;). Reklamowane jako zwycięzca konkursu w Kiszyniowie nie spełniło jednak pokładanych w nim nadziei. Bardzo lekkie półwytrawne wino spotęgowało przekonanie o bardzo słabej kondycji rumuńskiego winiarstwa. Nienajlepsza równowaga wzbogacona pozbawionym wyrazu kwiatowym bukietem idą w parze z krótkim finiszem i pionową etykietą;) Na obronę wina przyznać muszę, że pomimo wielu ułomności są przesłanki by uznać jest za eleganckie… Wypite cotnari wbrew temu co uważa producent są typowymi winami codziennymi. Cieszyć się nimi można zarówno podczas obiadu, jak i w upalny dzień.

Poniżej zdjęcia płyt nagrobnych najzagorzalszych zwolenników Cotnari.
P.S. Mam nadzieję, że miłośnicy Amarone tak nie kończą;)
 

Mołdowa to specyficzny kraj. Wjeżdżając do niego pierwszy raz, uderza poczucie bycia niechcianym intruzem. Gdy „inastraniec” pojawia się na ulicy, to milkną głośne rozmowy, a wszystkie nieufne oczy wędrują w jego kierunku. Wydawać by się mogło, że kraj, którego ponad 60% dochodu z eksportu stanowi wino, powinien czerpać pełnymi garściami z „otwartej” kultury winnej. Nic bardziej mylnego… A to z powodu głównego odbiorcy… Obecnie 90% mołdawskich win trafia do Rosji. Co więcej są to przeważnie wina niezłej klasy i tubylcom pozostają jedynie te gorszej jakości. Na szczęście istnieją jeszcze punkty gdzie znaleźć można edycje prestiżowe, które nie zostały wysyłane do wschodniego wielkiego brata.
Gdy w 1984 roku Michaił Gorbaczow wypowiedział wojnę wysokiemu spożyciu alkoholu na Mołdowie odbiło się to bardzo mocno. Podobne zdarzenie miało miejsce, gdy niedawno embargo na mołdawskie wino zostało wprowadzone, tym razem z powodów politycznych. Mołdawianie nie zrezygnowali jednak z produkcji szlachetnego trunku. To co uderza najbardziej, to uprawy na każdym wolnym metrze przestrzeni. Winnice spotkać można na każdym kroku. Począwszy od stelaży nad wjazdem do garażu, a na kilkudziesięcio hektarowych plantacjach w odległości mniejszej niż 5 kilometrów od stolicy kraju skończywszy. Wino uprawia się jednak przede wszystkim na własny użytek i ciężko jest namówić kogokolwiek na sprzedaż swojego wyrobu.
Na początek na tapetę wzięte zostanie cuvee z jednej z dwóch największych piwnic winnych świata, Cricovy. Edycja prestizowa, przeznaczona głównie na eksport nie jest zbyt łatwo dostępna w okolicznych sklepach. To błąd! Cuvee Cricova Spumante Brut to niesamowite wino musujące. Niesamowite, szczególnie jesli weźmiemy pod uwagę jego cenę. Gdy za 5 euro możemy dostać butelkę wybornego trunku produkowanego tradycyjną metodą szampańską, to grzechem jest nie skorzystać z okazji. Leżakujące przeszło 30 miesięcy w butelce wino nie odbiega od uznanych szampańskich marek. Jasna suknia jest doskonałym tłem dla (prawie) perlistego trunku. Trunku, który na podniebieniu zaskakuje elegancją i delikatnością. Niezwykła harmonia i wyważenie sprawia, że muszę dołączyć tę butelkę do kategorii najlepszych win musujących jakie piłem. Przesiąkniete gruszką aromaty miodu i słonecznika dopełniają doskonały efekt. Finisz długi i niezwykle przyjemny, lekko palący w ustach. Nie wiem, czy można kupić je w Polsce, ale polecam każdemu, kto chce skosztować doskonałego „szampana” , a nie dysponuje 250 złotymi na trunek z tego regionu.

Przepraszam za zły format zdjęcia;) , ale postanowiłem je zostawić. Ktoś niedawno powiedział mi, że Mołdawia, to „kraj inny niż inne”, więc to zdjęcie też takie będzie;)

Analogii pomiędzy winem, a życiem codziennym jest nieskończenie wiele… Tym razem nasunęło mi się następujące porównanie… Ogromny wpływ w naszym życiu ogrywają przypadkowe wydarzenia, przypadkwo spotkani ludzie i przypadkowe miejsca… Przypadkowe tylko na pozór, gdyż podświadomie do nich dążymy. Podobnie się dzieje w świecie wina. Często kupiona i wypita bez większego namysłu butelka może nam na długo zaszumieć w głowie… Tak właśnie było w moim przypadku. Ubóstwiam Amarone, uwielbiam Brunello i rozkoszuję się Barolo, jednak moje myśli ciągle zaprząta niepozorne Bardolino. Michael Schuster napisał kiedyś o nim „mało interesujące”. Coś w tym jest, jednak jak zawsze w grę wchodzą indywidualne preferencje. Bardolino zbudowane jest z typowej dla Veneto „mieszanki” : bazowa Corvina połączona w celu uzyskania koncentracji i charakteru z Rondinellą następnie „wygładzona” Molinarą. Wino to urzeka mnie przede wszystkim doskonałym odwzorowaniem regionu. Leniwe i beztroskie wieczory nad jeziorem Garda zamknięte są w butelce niezobowiązującego wina. Tym razem miałem przyjemność kosztować Bardolino Classico z bodegi Delibori. Ono również nie odbiegało od wytyczonego schematu. Żywe, lekkie z wyczuwalnymi aromatami wiśni (właściwie wiśniowej konfitury;) i lekkimi nutami migdałowymi. Intensywny kolor i średniej długości finisz dopełniają efekt. Jak dla mnie jedno z najlepszych „win dnia codziennego”. Mocne schłodzenie wina pozwala zatuszować jego niedoskonałości, ale również cieszyć się jego świeżością w upalne dni. Co prawda degustujący je trafili na pierwszy od miesiąca deszcz, ale i to nie przeszkodziło im w radosnej  konsumpcji;)


  • RSS