Na początek dla niewtajemniczonych informacja o winnych wtorkach.
Choć ideą winnych wtorków jest opisywanie wypijanych trunków (jak sama nazwa wskazuje) we wtorki, tak przekorni zawsze muszą się wyłamać. Tym razem przekorni na swoje usprawiedliwienie mają problemy z dostaniem ustalonej butelki degustacyjnej …
Nie jestem zwolennikiem sklepów internetowych (ba, jestem ich wielkich przeciwnikiem – tak samo jak FaceBoka, boazerii w kuchni i Justina Bibera…) i postanowiłem, wbrew poradom wszystkich dostać wino w sklepie „stacjonarnym”. Przemierzyłem 42 (słownie: czterdzieści dwa sklepy mniej i bardziej specjalistyczne, almy, leclerki i inne winoteki… Efekt – pustka… Dionizos nie pozwolił mi jednak zginąć na tym łez padole, a tym samym przysporzyć sobie pierwszej kompromitacji w oczach współpiszących. Wybawieniem okazał się znajomy restaurator (jedna z wielu osób, które prosiłem o pomoc i wskazówki w zdobycie wina), który butelkę Chardonnay & Semillon z 2010 od MullyGrubber niedawno dostał w prezencie od… przedstawiciela handlowego!
Kiedy zrozpaczony niepowodzeniem, we wtorkowy wieczór,  zajadałem chleb ze smalcem i ogórki małosolne, przepijając je od czasu do czasu, czystym polskim krupnikiem zadzwonił telefon. -”Siema Konrad! Mam tego austraijc

zyka” – powiedział Adam, właściciel kilku ( a właściwie dwóch: jednej małej, jednej większej) restauracji w Krakowie. Po wtorkowej biesiadzie, środa nie wydawała się najlepszym dniem do degustacji… Dodatkowych problemów przysporzył katar … Z racji wrodzonej (a może nabytej?) alergii chusteczki higieniczne potrzebne są mi przez około 320 dni w roku… Łajka poleciała w kosmos, Polska organizuje Euro, więc i ja nie mogłem się poddać (wy też nie widzicie związku logicznego w użytych przeze mnie porównaniach?). W godzinach wieczornych odkorkowałem(a raczej odkręciłem) długo oczekiwane wino…
Na wstępie duży plus za zakrętkę. Jestem zagorzałym zwolennikiem zakrętek (a nawet kapsli) w winach młodych, które nalezy pić póki są świeżutkie i mają moc! Korek nie tylko do nich nie pasuje (z racji powagi, pietyzmu i doniosłości) , ale i mąci w smaku ( polecam książkę G. Tabera „Cork or not to cork”). Teraz do rzeczy!

Staram się unikać chardonnay, bo znaleźć naprawdę dobre jest coraz ciężej. Staram się unikać kupaży z chardonnay, bo o nie jeszcze trudniej. Tym razem niestety nie było inaczej. W opisywanym winie do myślenia daje kolor – dziwny, niby słomkowy i klasyczny, ale jednak sprawia wrażenie jakby był rozwodniony, niemniej żywy i mocno połyskujący. Pierwszy nos niemal niewyczuwalny (ale z pewnością to ze względu na wiekszy niż zazwyczaj katar) w drugim trochę przerysowanych i przesłodzonych cytrusów (skórka grapefruita, ananas, kilka brzoskwinek). Zdecydowanie za mało. Nos szuka, a raczej doszukuje się czegoś czego już nie ma. W ustach bez zaskoczenia. Po całej serii wypitych w tym tygodniu win z serii „pół” australijczyk również pretenduje do tego miana. Słabo zachowany balans i brak tego na co liczyłem najbardziej  – czyli lekko orzeźwiającej kwasowości (może dobrym rozwiązaniem byłoby tu pozostawienie po fermentacji troszeczkę CO2, aby to podbić?). Świeżość wina niestety nie przekłada się na nic więcej. Więcej do tego wina nie wrócę. Nie jest obrzydliwe, nie jest też niesmaczne, ale nie jest też godne zapamiętania. Jest trochę zbyt nijakie… Któryś z blogerów napisał, że pasuje mu na „babski wieczór” – i z tą opinią się zgadzam. Krótkie, niezobowiązujące wino bez historii. Może gdybym je pił w upalny dzień nad jeziorem, to wrażenia byłyby zgoła odmienne. Tak się jednak nie stało, gdyż dokładniejsze prześwietlenie obnażyło widoczne braki i niedostatki…

Butelka ta na sklepowej półce kosztuje 29 PLN. Za trzydzieści złotych piłem znacznie ciekawsze wina. I niech ten komentarz będzie puentą… Niestety cena jaką przyjdzie mi zapłacić za opisywane chard & sem będzie znacznie wyższa, gdyż na pytanie „jak się mam odwdzięczyć za załatwienie tej butelki” , Adam odpowiedział „W maju będę miał więcej czasu, to mnie zaprosisz do Hiltona na dobrą Starkę.” …