amarone blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

Po raz kolejny jednego dnia pojawia się nadzwyczajny urodzaj notek. Klęska urodzaju sprawiła, że teraz na tapetę wzięte zostaną zorganizowane w Krakowie Dni Węgrzyna. Na początek o samej ideii. Patronat honorowy ambasady i urzędu miasta, zaproszenie czołowych producentów oraz dostosowanie profilu imprezy do wielu gustów spowodowało całkiem niezłą inaugurację cyklu (mam bowiem nadzieję, że takowe będą odbywać się rokrocznie). Motywem przewodnim pierwszego dnia były wina z okoli Egeru. Prowadzona przez dr Lajosa Gala degustacja była naprawdę imponująca. Znany pod pseudonimem „mister Bikaver” człowiek poprowadził słuchaczy w niesamowitą podróż po swoich winniacach. Na największa uwagę zasługuje zdecydowanie Egri Bikaver Superior 2006. Walczący o wysoki poziom egerskiego trunku dr Gal postanowił produkcją tego wina zapoczątkować produkcję Bikavera z górnej półki. Zalewany tanim egerskim winem rynek, zdecydowanie powinien poznać efekty jego pracy. Wino było naprawdę doskonałe. Odpowiednie zaostrzenie limitów (np.  podczas zbiorów – 8 gron zamiast 14) spowodowało, że Egri Bikaver Superior może odnieść spory sukces. Bardzo ciemna, niemal fioletowa suknia, a w kieliszku nuty czarnego pieprzu (przechodzącego w anyż) oraz przebijające się w tle czarne porzecki i maliny. W ustach niezwykle eleganckie, dobrze zbalansowane, z silnie wyczuwalnymi taninami. Zdecydowanie godne polecenia. Oprócz wspomnianego bikavera na uwagę zasługuje jeszcze Sirler z rocznika 2008. Ten czwarty, według węgrów rodzaj wina (coś pomiędzy różowym, a czerwonym) jest trunkiem krótko macerowany na skórkach, tak by nie nabrać zbyt głębokiego koloru. W efekcie powstaje wine lekko taniczne, pełniejsze w budowie (niż różowe) oraz (podobno cecha charakterystyczna) łatwo przechodzące w ustach (glicerynowe). Wyczuwalne aromaty różane i owocowe. Po powrocie z Egru do nierównego pojedynku stanęły polskie wina. Z góry skazane na klęskę nie mogły przeciwstawić się silnym węgierskim konkurentom i wywołały sporo „kąśliwych uśmiechów” wśród degustujących.
Drugi dzień upłynął pod znakiem Tokaja. Doskonali producenci (z Oremusem na czele) zaprezentowali swoje najlepsze trunki. Począwszy od wytrawnych, przez samorodnie, a na esencji skończywszy. W tej kategorii moją uwagę zwróciły 3 wina. Pierwsze z nich to Oremus Late harvest 2006. Nazwa świadcząca o późnych zbiorach jest, jak przyznał sam producent, nowym pomysłem marketingowym. Owe „późne zbiory” rozpoczynają się w momencie, gdy przynajmniej 50% gron jest zasuszonych przez wszechomocne botrytis. Bardzo oleiste wino o niezwykłych miodowych aromatach doskonale sprawdza się jako digestiw. Nie za słodkie, dobrze wyważone o przyjemnym, sługim finiszu. Nieco inny styl reprezentuje 5 putoniowy Tokaj Oremus z 2002 roku.  Piękna ciemnozłota barwa ze słomkowymi refleksami; aromat orzechów skąpanych w miodzie,a  do odpowiedni balans i oleistość. Według winiarzy przed tymi winem rysują się dobre perspektywy na przyszłość, toteż warto zachomikować choć jedną butelkę. Ostatnim z opisywanych tokajów będzie Eszencia z 2000 roku. Wino, które bardziej przypomina syrop i zawiera między 800, a 900 g cukru na litr, ma piękną złocisto-burstztynową, mocno błyszczącą, suknię. Po „wwąchaniu sie” w kieliszek wyczuć możemy tłusty miodowy zapach w kwiatowym otoku. W ustach przyjemne wrażenie sprawia gęsta „faktura syropu” połączona z niską zawartością alkoholu(6,5%). W 2000 roku z 1ha udało się wyprodukować zaledwie 2,5 litra eszenci, toteż jej astronomiczna cena nie powinna nikogo dziwić. Z pewnością jednak warta jest tych pieniędzy, w końcu to vinum rex, rex vinorum.
Na zakończenie gratulacje dla CV, urzędu miasta i pozostałych organizatorów za naprawdę dobrą imprezę w której można było wysłuchać ciekawych wykładów i wziąć udział w profesjonalnej degustacji, ale również napić się na małym rynku „byczej krwi” z plastikowego kubeczka…

Egri Bikaver Superior z twarzą Leonardo symbolizującego renesans wielkich win egerskich

Moje zachwyty nad Mołdową i mołdawskimi (lub też mołdowskimi) winami zostały nieco zweryfikowane podczas ostatniego grila. Podczas uprawiania ulubionej i jedynej dyspcypliny sportu w której zdobywamy medale (co roku polacy wygrywają mistrzostwa świata w grilowaniu…)towarzyszyła nam butelka Cricova Codru 2001. 11 procentowa bordoska mieszanka szczepów w wykonaniu mołdawskim wypadła dobrze, choć (zapewne nie z własnej winy) nieco rozczarowała. Na początek niezbyt wyrazisty bukiet z lekko dającymi się wyczuć aromatami czarnej porzeczki i wiśni. Nos sprawiał jednak wrażenie nieco „zwietrzałego”… W ustach nieźle zbudowane, bardzo mocno taniczne, jednak znów pojawia się coś dość specyficznego, coś co określić można jako „czerstwość wina”. Całość sprawiała wrażenie jakby w Codru zabrakło jednego z istotnych elementów, jakby coś się ulotniło. Możliwe, że złe przechowywanie na mołdowskich półkach, lub jakaś wada przeszkodziły mu zaprezentować się w pełnej krasie. Możliwe również, że zostało otwarte zbyt późno. Tak, czy inaczej grill u babci okazał się całkiem udany;)

Pamiętam jak czytając notkę na blogu białenadczerwonym zazdrościłem autorowi możliwości spróbowania niecodziennego, wyprodukowanego w polsce, domowego wina. W swoim dość krótkim jeszcze życiu, kilkukrotnie piłem polskie wina. Czym innym są jednak trunki wytwarzane przez wybitnych fachowców w winnicach Golesz, Jasiel, czy mojej ulubionej Święty Roch, a czym innym te wytwarzane w przydomowych ogródkach. Takie wina oddają charakter „domowego winemaker’a”. Nie zawierają niepotrzebnych naleciałości. Wytwarzający je trzymają się znanych prawideł. Nie kombinują z innowacjami. Robiąc wino mają nadzieję, że wyjdzie równie smaczne jak przed rokiem i dwoma… Picie tych win zabiera nas do sielankowej krainy…
W moje ręce dostała się butelka wina zrobionego na styku Podkrapacia i Małopolski. Zgodnie z przypuszczeniami było słodkie. Niezgodnie z przypuszczeniami było całkiem niezłe… Już od początku w oczy rzuciła się barwa wina. Kolor oscylował pomiędzy wypłowiałym koniakiem, a mocną herbatą z kilkoma kroplami soku z cytryny. Był lekko mętny i błyszczący. Na ściankach pojawiały się wyraźne łezki. Zawartość alkoholu mocno powyżej 14% (na mój średnio doświadczony język między 16-18%). W zapachu dominowała nuta alkoholowa. Jednak po kilkukrotnym zakręceniu kieliszkiem, znad alkholowej woni przebił się przyjemny aromat kwiatów skąpanych w miodzie. Po ponownym zakręceniu znad kieliszka wydobył się zapach słodkiego, babcinego soku truskawkowego. W ustach dało się wyczuć sporą przewagę cukru. Wino było bardzo oleiste i krągłe. Drugi łyk zasłoczył mnie jednak bardziej niż pierwszy. Gdyby nie nadmiar cukru mozna byłoby zaryzykować stwierdzenie, że w ustach zbliżone jest nieco do średniej klasy win tokajskich. Wcześniejsze schłodzenie doskonale wyretuszowały niedociągnięcia i sprawily, że piło się je z przyjemnością.  Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się spróbować jakiegoś specyfiku od „Pana Producenta” (którego serdecznie pozdrawiam;).

P.S. Nazwa Carcassonne została nadana temu winu przeze mnie i nie wiem, czy uzyska oficjalną akceptację wytwórcy. Jesli chodzi o powody takiej nazwy, to co wnikliwsi nie będą mieli problemów z jej rozszyfrowaniem…

Zdjęcia niestety trochę zmieniły barwę wina i wyszło zbyt ciemne…


  • RSS