Amarone oczarowuje mnie niezmiennie od momentu, gdy zaczęła się moja przygoda z winami. Pomimo stosunkowo niedawnej fali zachwytów nad trunkiem tradycje jego wytwarzania sięgają już czasów cesarstwa Rzymskiego. To własnie Amarone było przedmiotem utworów Kasjodora. To własnie Amarone było gościem specjalnym mojej wczorajszej kolacji. Otwarte i zdekantowane 2 godziny wcześniej czekało cierpliwie na wypicie… Zanim jednak mój nos zaczął łapczywie wychwytywać wydobywające się zapachy, wcześniej w ruch poszły oczy. Ciemnogranatowa suknia z bardzo lekkimi ciemnoceglastymi naleciałościami zdradza, że będzie w świetnej kondycji również za kilka lat. Pięknie połyskująca barwa zachęca do skosztowania… Wewnątrz kieliszka pojawiają się łezki potwierdzające 15% zawartość alkoholu… Nos złożony, niezbyt krzykliwy. Przebijają się pełne (tłuste?) aromaty ciężkiej wiśniowej konfitury i wiśni w czekoladzie. W tle bardzo subtelnie przypomina o sobie wanilia. Wszystko to jest lekko przytłumione przez zapach alkoholu. Nie atakuje on jednak naszego nosa już na wejściu, lecz przenika wraz z innymi aromatami. W ustach pełne, bardzo eleganckie i świetnie zrównoważone. Bardzo świeże oraz mocne. Do tego mocno garbnikowe. Finisz bardzo długi, lekko palący – pozostawiający ślad po wielkim winie. Rzymianom bardziej niż za inne ewolucyjne wynalazki wdzięczny jestem za appassimento. Pomysł by suszyć grona na rodzynki był naprawdę epokowym odkryciem. Corvina Veronese, Rondinella i Molinara schnąc na słomianych matach wyzbywają się wody. Pozostaje coś na kształt „espresso” winnego. Sama esencja smaku! Za tę esencję trzeba jednak słono zapłacić. Nic, więc dziwnego, że wielu ludzi stojąc przed regałem Vin z Veneto ma spory dylemat, czy wybrać znakomite wino, czy udać się do sklepu obok i kupić firmowe buty (autentyczna historia;). Podobno Bertani wypuscił tylko 8300 skrzynek (czyli 49800 butelek) tego wina. Wczorajszy wieczór przyczynił się do uszczuplenia tej i tak skromnej liczby;)

Bertani Amarone della Valpolicella Classico 2000