amarone blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2009

Czytając blogi vinogranie, białenadczerwonym, czy iwnies nachodzi mnie pewna refleksja: Jaki winopijca – takie wino;) Oni opisują świetne, dość unikatowe wina, a ja mam w swoim udziale te nieco bardziej pospolite i prostsze. Mam jednak nadzieję, że mój czas tez kiedyś nadejdzie;) Pijcie Gruzińskie wina pisał Hugh Johnson na wstępie „Wino sztuka i nauka”. Idąc za jego radą i korzystając z faktu, że za wschodnią granicą wybór win gruzinski jest o niebo lepszy niż w Polsce postanowiłem wraz ze znajomymi takie wino zakupić. W nasze ręce wpadło Tsinandali. Tsinandali to region w Kacheti słynący ze znakomitych białych win. Niestety do sklepów, podobnie jak w Polsce, przedostają się w znacznej mierze wina masowe. Dominującymi producentami z regionu są Shumi i Teliani Valley ( o ile się nie mylę wina Teliani są dostępne w Gruzińskim Chaczapuri w Krakowie). Tsinandali to zestawienie dwóch regionalnych( choć występujących również u sąsiadów) szczepów: Rkatsiteli i Mtsvane. To połączenie daje winu dość jasny „zielonkawo-słomkowy” kolor i kwiatową nutę zapachową. Wyczuć można również lekkie nuty owocowe (żółte śliwki?). W ustach przyjemnie łagodne, lekko mineralne i harmonijne. Smak zwieńczony jest umiarkowanym finiszem. Tsinandali to wino dobre w swojej klasie. Nie wywołuje zachwytów, lecz z pewnością jako niezobowiązujące wino radzi sobie całkiem nieźle. Już na sam koniec przykra refleksja, która mnie naszła podczas pobytu w Kijowie (Kyjewie jak mówią tubylcy;). W każdym niemal sklepie jest większy wybór niż w jego polskim odpowiedniku – w małym sklpeiku przy bazarze (hali targowej) kilkanaście butelek do wyboru, w lokalnej piekarni sporo więcej, niż w naszych ( o ile w naszych piekarniach też są wina;), w sklepie wielkości naszych małych delikatesów dwa regały z winami, kolejne dwa z koniakami i whisky( w sklepie regałów było około 10… ;)

Dziękuje p. Łukaszowi za dostarczoną mi lekturę i wczorajszy obiad w dobrym towarzystwie;)

Niska cena i niska temperatura skłoniły mnie do zakupu, który na codzień by się nie wydarzył;) Ukraiński muskat z pięknym słonecznikiem na etykiecie z prawdziwym muskatem niewiele miał wspólnego. Rodzina muscat jest dość szeroka i przybierać może smaki od wytrwanych po bardzo intensywnie słodkie. Mogą być winami musującymi o niewielkiej zawartości alkoholu, ale również bardzo solidnymi winami deserowymi. To co miałem w ustach nie miało jednak z tym niczego wspólnego… Już w „pierwszym nosie” mocno wyczuwalny był aromat słonecznika, który po zmieszaniu (niestety nie kieliszka, a szklanki;) dopełnił się lekko pomarańczowym aromatem. Oba te aromaty nie były jednak aromatami jakie chciałoby się wąchać. Podobnie i wino nie było trunkiem, który chciałoby się pić. Ciemnozłoty kolor sugerował nieco lepszy smak… Wino było żywe i dość świeże, jednak zupełny brak balansu i pozostające w ustach uczucie „taniości” (nie taninowości;) zupełnie je dyskredytowały. Było zbyt oleiste i mdłe. Nie wiem, czy istnieje potrawa, która stanowiłaby do niego dobraną parę… Dawny spichlerz związku radzieckiego dziś w świecie wina nie radzi sobie zupełnie. Nie wiadomo, czy słabe ukaińskie wina to zasługa Michaiła Gorbaczoba i jego wojny wypowiedzianej wysokiemu spożyciu alkoholu w 1984 roku, czy też zupełnego braku stylu i umiejętności. To dość specificzne, bo kraje sąsiednie mogą się poszczycić duże większymi zasługami. Zarówno Słowacja, jak i Węgry oraz Rumunia potrafią robić wina naprawdę wielkie. Jak widać umiejetność poszczególnych narodów do robienia win nie wynika jedynie z tradycji. (znalazłem informację, że na Ukrainie został zlokalizowany już na początku XIX wieku słynny instytut badawczy winorośli w Magaraczu.) Nie wiem, czy 30 lat temu ukraińskie wina smakowały podobnie, ale jesli tak było to chwała Gorbaczowowi, że dzięki niemu wiele „winnych” plantacji zamieniono na plantacje melonów…

Na temat tego wina napisano już chyba wszystko, toteż i ja nie będę się zbytnio nad nim rozwodził;) Nie znam zbyt wielu osób, którym nazwa Gato Negro nie kojarzyłaby się z etykietą na której pół kota próbuje wyskoczyć z kolorowego kwadrata… Nie znam też zbyt wielu szeroko dostępnych (żeby nie powiedzieć masowych;) win, które utrzymują niezły poziom. Gato jednak od tego poziomu bardzo nie odbiega. Nie jest to wino wybitne, bo i do takiego miana nie pretenduje, ale mając w swojej kategorii cenowej wina od Gallo, Carlo Rossi, czy El Sol wypada na ich tle całkiem nieźle. Wczorajsza wieczorna eskapada na kazimierz utrzymana była własnie w klimacie Gato Negro ze szczepu Marlot. Bardzo lekkie, słodkawe wino, zdecydowanie sprawdziło się jako „nieinwazyjny” towarzysz rozmowy. Niezbyt wymagający „czarny kot” zdecydowanie sprawdza się w licznych kawiarniach i pubach. Jedynym, niestety dość poważnym, niedostatkiem jest za mało „merlota w merlocie”. Brak wyrazistości smaku i zapachu w połączeniu z niezwykle krótkim finiszem nie zachęca. Jak dla mnie na pewno lepsze niż „pół wytrawne wina z proszku” , jednak wrażenie niedosytu jest nazbyt wyraźne…

Notę degustacyjną Gato Negro znaleźć można na www.iwines.blogspot.com


  • RSS