amarone blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

Tak śpiewał Maleńczuk z Waglewskim na płycie z męską muzyką. Kolejny wers mówił o ukochanej i o winach. Ukochanej kolegi co prawda nie było (na jej szczęście;), ale wino się pojawiło;). Zachęceni otwarciem nowego stoiska z winami w okolicznym sklepie, udaliśmy się między regały z rarytasami z calego świata. Jedyną prawidłowość jaką zauważyłem, to ułożenie alfabetyczne od dołu do góry i wszechobecne gallo, carlo rossi, el sol i casillero del diablo… Wybór wydawal się spory, ale spory wydawał się też niedosyt. W ręce wpadła nam butelka  „Gentile 2006″. Producent – Hugel (którego przedstawiać i rekomendować nie trzeba) gwarantował wysoki poziom wina. Nie będę ukrywał, że do wyboru skłonila mnie tez dość niezwykła mieszanka. Gewurztraminer, Pinot Gris, Riesling, Muscat i Sylvaner wypełniły całą butelkę niezwykłym aromatem. Bardzo rzeźki, świeży aromat z nutami owoców tropikalnych, dojrzalych zielonych jabłek i kwaiatów, przebił się nawet przez opary dymu z cygar… (kto to widzial, żeby nie przewietrzyć pokoju przed degustowaniem wina… ;) Świetnie zharmonizowane, doskonały balans smaków, swieżość i wyraźnie odzuwalna gładkość w ustach, czynią z tego trunku wino wyjątkowe. Pomny opowieści o zawirowaniach pogodowych w 2006 roku na terenach Hugel & Fils (z tego miejsca pozdrawiam opowiadającego mi to podczas salonu win francuskich;) byłem nieco sceptyczny, czy wino wpisze się w poziom z jakim kojarzy się Hugel. Wpisało się bez trudu. Moja słabość do alzackich butelek i ich zawartości srawia, że ocena degustacyjna jest bardzo wysoka. Oleistość i posmak gewurztraminera w połączeniu z budową pinot gris daje świetny efekt.Podobnie jak „spotkania z kolegą” zdecydowanie polecam;)

Nadzwyczajny urodzaj notek nastąpił dzisiejszego dnia. Piszę to w osobnym poście ze względu na jego odmienny charakter…

Wydarzenia mijającego tygodnia skłoniły mnie do pewnych przemyśleń. Trzy mocno zaznaczające swą obecność w moim swiecie postaci płci żeńskiej różnią się … no własnie jak? Wino uwielbiam za analogie. Moja ulubiona dotyczy okresu wzrostu.
Podobnie jak winne grono uprawiane na nazbyt urodzajnej glebie nie
wyrobi w sobie odpowiedniego charalteru, tak i człowiek nie
natrafiający w życiu na trudności nie jest świadomy swoich mozliwości.Wracając wczorej do domu dostrzegłem kolejną. Wino i kobiety to
nierozłączna para, jednak do tej pory nie natrafiłem jeszcze porównanie
charakterologiczne.  Postaram się opisać moje spostrzeżenia.
W życiu, podobnie jak w piwnicze mamy styczność z różnymi kobietami. Niektóre są, jak beaujolais. Bardzo cierpkie, nerwowe i mocno chaotyczne. Jednak prawdziwe beaujolais primeur, pite w trzeci czwartek listopada w naturalnych warunkach mają swój niespotykany urok. Podobnie jak i kobiety, które jedynie w odpowiednich okolicznościach rozkwitają i pozwalają się docenić. Obdarzone silnym charakterem, burzliwe i waleczne są najwyższej klasy beaujolais… Są też kobiety dystyngowane, które swoje piękno okazują z czasem. Ich urok polega na zdobytych doświadczeniach, mądrości i obyciu. Wychodzą zwycięsko z próby czasu oczarowywując obserwatorów. Niczym klasyczne bordoskie wina zawsze będą wzbudzały podziw i zachwyty, choć nie każdemu będzie odpowiadał ich smak i aromat…
Są wreszcie kobiety odpowiadające lekkim i subtelnym trunkom Veneto: Prosecco, Soave, czy też Bardolino są winami, które chce się pić na codzień. Wina, których picie sprawia mi olbrzymią radość są jak kobiety z którymi ma się ochotę spędzać czas. Spokój, radość i optymizm to tylko niektóre cechy, które wypijamy dzięki takim znajomościom. Nastrajają niezwykle pozytywnie i podświadomie przyciągają dobre wydarzenia (chociazby tak trywialne jak załapanie się na ostatnią zapiekankę u „endziora” – kto jest z krakowa, to zrozumie urok tego miejsca;)

Na koniec chciałem przeprosić czytających to winomanów za zupełny brak merytorycznej treści w tym poście, ale przecież wino to emocje…

P.S.  Opisane tu analogie są punktem wyjściowym. Może przyszłe wydarzenia spowodują, że opiszę kolejne typy win- kobiet;)

Jak to dobrze, że ktoś wymyślił weekend;) Weekend, to taki czas, kiedy dużo się i dzieje ( i dużo wina się pije;) Tym razem nie było inaczej… Niezbyt sprzyjające okoliczności stały się pretekstem do spróbowania wina, które mnie zaskoczyło niczym kryzys nasz rząd… Sauvignon Lahn z 2007 roku było jednym z najprzyjemniejszych białych win jakie piłem. Tradycja obniżanie wydajności w okolicach San Michele( nazwa włoska jest znacznie ładniejsza, niż St. Michael Eppan…) Wino zaskakuje swoimm potencjałem. Niezwykle świeże, z wyczuwalnymi aromatami cytrusów i miodową nutką, zjednuje sobie pijącego z niezwykłą łatwością. Odczuwana w usyach subtelność jest godna polecenia. Sauvignon Lahn ’07 to wino ze sporym potencjałem. Producenci twierdzą, że czas jest dla niego łaskawy. Nie wiem, czy za kilka lat smakowałoby mi tak samo, jak teraz, ale wiem, że do niego wrócę.

Tych, którzy obiecali sobie, że doczytają tę notkę do końca muszę zmartwić: to dopiero połowa ;)

Drugie wino, zupełnie inny, choć nie odległy region i inne okoliczności towarzyszyły spożywaniu Bardolino Le Nogare ’06. Mój ulubiony region i producent nie zawiódł. Fachowa literatura opisuje często Bardolino, jako wino nadzyt nudne… Ja odnajduje jednak w nim pewien urok. Bogate aromaty słodkich wiśni i migdałów, a także delikatnie wyłaniające się owoce leśne czynią picie niezwykle przyjemnym. Charakterystyczna dla Corviny niska garbnikowość jest tu olbrzymim atutem. Połączenie jej z Rondinellą dodaje winu szczyptę finezji. Nawet moja „łyżwowa instruktorka” ;) była pod wrażeniem. Bardolino oddaje charakter spokoju panującego nad jeziorem Garda. Lekkość i elegancja Bardolino mi się nie znudzą. Zdecydowanie polecam (np. jako element wyposażenia koszyka piknikowego:) Lato już blisko.

Siedząc przy komputerze i pisząc niezbyt ciekawą rozprawę naukową na temat filozofów rosyjski ogarnęła mnie chęć wyrwania się ze sztywnego świata nauki oraz pruszącego śniegu za oknem. Natychmiast zaświtała mi wizja udania się w podróż do znacznie cieplejszego kraju… Szybki rekonesans posiadanego wina sprawił, że wybrałem Friuli. Merlot, którego niegdyś dostałem w prezencie nie stawiał oporu i posłusznie dał się otworzyć, a następnie rozlać do kieliszków. Bardzo przejrzysta, ciemno rubinowa barwa świadczyła, że rocznik 06 może być otwarty nieco później. Delikatne aromaty ziołowe wzbogacone o słodkie owoce zachęcały do spóbowania. Niezbyt intensywny aromat odpowiadał w pełni niezbyt intensywnemu smakowi. Merlot Cabert’a charakteryzuje się „lekkością smaku” i niską garbinkowością. Wyczuwalna elegancja i powściągliwość czynią z niego dobrego towarzysza posiłków oraz wszelkiego rodzaju prac. To co mnie w nim urzekło, to subtelność i bardzo słabo wyczuwalny alkohol. Podejrzewam, że za kilka lat wino to zaprezentuje się nam nieco okazalej , zachowując przy tym delikatność i wiotkość. Polecam każdemu przed kim stoi wyzwanie napisania powaznego tekstu, lub pracy naukowej.  Polecam także tym, którzy dość już mają przesadnie ciężkich beczkowych cabernetów.

Cabert

Tytuł żenujący (podobnie jak większość moich;), ale niestety boleśnie prawdziwy;/  Nie będę tu pisał o wygórowanych cenach wielu importerów, ani o ekspozycji win, ale o czym innym… Sprzedaż bezpośrednia jest w dzisiejszych czasach kluczem do sukcesu. Co do tej opini nikt nie ma wątpliwości. Jednak chyba nie powinna zabijać istoty sprzedawanego produktu… Na naszym rynku działa coraz więcej firm zajmujących się bezpośrednią sprzedażą wina (niektóre z niemieckim rodowodem, niektóre rdzennie polskie) i niby wszystko fajnie, ale jednak coś nie gra… Doradca klienta do spraw win (bo tak nazywa się sprzedający wino człowiek) jest jednak nikim innym jak wyszkolonym w technikach sprzedaży akwizytorem. Jego warsztatem pracy jest walizka win (6, 12, lub więcej  „produktów”). Nie było by w tym nic złego, gdyby nie fakt, że otwarte na początku miesiąca wina leżą w owej walizce ponad 4 tygodnie… Odbywający 6-8 spotkań dziennie „winny akwizytor” otwiera butelki i nalewa próbki degustacyjne umówionym klientom. Degustujący na początku miesiące mają szczęście. Degustujący wina w późniejszych terminach piją zaś zupełnie inny trunek… Gdy zapytałem takiego „winnego akwizytora” – jak to możliwe i czy używają jakichkolwiek „wine saver’ów”, usłyszałem porażającą odpowiedź: „A po co? Winku nic nie jest. Raz mi go tylko w aucie przymroziło deczko…” Metody stosowane przez owe firmy – tzn. „mamy najlepsze wina, zupełnie niedostępne w polsce” , czy też „lekarze są najlepszą grupą docelową, bo mają parcie by dołączyć do elity” są bardziej żenujące niż wymyślane przeze mnie tematy postów… Pomijając względy etyczne, jest w tym także łamanie prawa – przekonywanie lekarzy, w trakcie trwania ich dyżurów, do umówienia się na darmowe spotkanie degustacyjne nie jest chyba zgodne z kodeksami pracy… Pomijając już aspekty marketingowe oraz prawne, stwierdzić trzeba, że firmy te stawiają wina na równi z proszkiem do prania, czy tytułowym mydłem… Wiadomo, że o klienta trzeba walczyć, ale taką „winną akwizycję” porównać można jedynie do przerabiania muzyki klasycznej na „disco-polowe” podkłady. Siedzących przy kotlecie słuchaczy piosenek o majteczkach, śpiewanych w rytmie eine kleine nacht music, cieszy fakt obcowania z wyższą kulturą, melomani zaś patrzą na to z niedowierzaniem… Na koniec mojego „protest-posta” mogę tylko powtózyć pamiętne słowa Albercika i Maxia z Seksmisji: ” NIE GWAŁĆCIE!!”

Ostatnio zaobserwowałem, że wszyscy szkolą się na potęgę- mamy szkolenia dla informatyków, szkolenia przy zakładaniu własnej firmy, a nawet szkolenia dla przyszlych szkoleniowców… Mi tez przypadło w udziale poprowadzić takie szkolenie. Nie jestem w tej materii ani starym wyjadaczem,ani żółtodziobem, ale radość za każdym razem jest taka sama;) Tym razem w moje szpony wpadli ucestnicy kursu barmańsko-kelnerskiego odbywającego się niedaleko mojej rodzinnej miejscowości. Grupę 20 przyszłych kelnerów i barmanów próbowalem zarazić choć cząstką mojej pasji. Nie opowiadałem im o technikach produkcji i o różnicach w strukturze szczepów. Chciałem ich zabrać w podróż. Podróż w jaką mnie zabierali napotkani winarze i sommelierzy… Pokazałem im fotografię regionów i ludzi, opowiedziałem o zwyczajach. Sporo czasupoświęciliśmy serwisowi wina ( nie obyło się bez skaleczeń przy otwieraniu ;) Była też degustacja. Z racji, że były to ich początki z winami wytrawnymi, postanowiłem wybrać dość charakterystyczne i łatwo dostępne wina. Na pierwszy ogień poszło „radosne prosecco” -> La gioiosa spumante( wiecie, że jej spadkobierca jest właścicielem  i załozycielem firmy GEOX- „oddychających butów” ? ;). Wino z Valdobbiadene nie bardzo przypadło uczestnikom kursu do gustu. Nie wyczuli w nim nic poza drożdżami i winogronami… ;) Swoją drogą,rzeczywiście nie było ono jakieś nadzwyczajne. Bardzo jasna barwa i spore bąbelki nie napawały entuzjazmem. W środku sporo jabłka i lekki tylko ukłon kwiatowy.

Na drugi ogień poszło dostępne chyba wszędzie (poza kioskami ruchu;) jacobs creek chardonnay 07. „Jeszcze gorsze, kwasiura…” – takie głosy dobiegały z sali… Ku mojemu zaskoczeniu i zadowoleniu (zaspokajając tym samym moją próżność;) najładniejsza uczestniczka kursu (blondwłosa Justyna -> pozdrawiam, jeśli czytasz;) dobrze opisała barwę i wyczuła podstawowe aromaty. Słomkowo-zielone o lekko cytrusowych aromatach wino z doliny Barossa w swojej kategorii cenowej prezentuje się nieźle. Nie ma zachwytów, ale nie ma tez rozczarowań. Australiska miezanka chardonnay z północy i południa w połączeniu z beczką daję naprawdę dobre rezultaty. Nie jest to wino elitarne i nad wyraz eleganckie, ale pite w upalny dzień nie powinno rozczarować.

Po musującym i białym, kolej przyszła na cabernet sauvignon ’06 z „diabelskiej piwnicy” w chile. Wino to zaprezentowałem jako typowe chilijskie cabernet. ( w tym wyborze utwierdził mnie bialenadczerwonym.blogspot.com , pozdrawiam i dziękuje) – Łatwo odnaleźć w nim możemy zarówno cechy charakterstyczne dla szczepu i wpływ beczki. Opisywał tego wina nie będę, bo wszyscy je znają. Napiszę tylko, żę z rozpoznawaniem aromatów poszło naprawdę nieźle (znowu ta Justyna… ;)

Na koniec przygotowałem coś, co trafiło w gusta słuchaczy;) Wiedziałem, że w trudnym przekonaniu ich do wina, z odsieczą przyjdzie mi Tokaj. Nie pomyliłem się. Aromaty orzechów, rodzynek oraz miodu, a takżę piękna blado-złocista barwa Tokaja Hegyalja szybko przysporzyły tokajowi nowych „winopijców” (termin zapożyczony – zainteresowani wiedzą od kogo, więc nie wstawiam przypisów;). Degustowanego Tokaja naprawdę polecam. Swietny jako digestive. Kragły w ustach, harmonijny i niezwykle elegancki. Pomysł tworzenia wina, z częściowo tylko zainfekowanych gron był naprawdę genialny.
Prosecco      Jacobs Creek Chardonnay '07

Najsłynniejszy chilijski cabernet sauvignon...
Zwycięzca
Na podsumowanie tej przydługiej notki napisać mogę, że cieszą mnie takie imprezy. „Głoszenie dobrej, winnej nowiny” sprawia mi ogromną frajdę. Szczególnie jeśli słuchają mnie młodzi ludzie, a wśród nich sporo atrakcyjnych kobiet… ;)
Tym, którzy tu dobrnęli gratuluję;)

Pracuąc jako „wine waiter” (na określenie sommeliera, na pewno jeszcze nie zasłużyłem;) piłem sporo wina. Wśród wszystkich wielkich win było jednak takie niepozorne Catullo, które szczególnie przypadło mi do gustu… Miało w sobie czar( podobnie jak większość win od Bertaniego), który sprawiał, że piłem je z ogromną przyjemności. Niedawno powróciłem do tego wina i byłem już nieco rozczarowany… Składające się w 60% z Cabernet Sauvignon i w 40% Corviny, Catullo na tle innych win wyroznia się sposobem leżakowania: otóż cabernet leżakuje 12 miesięcy we francuskim dębie, corvina, natomiast korzysta z dobrodziejstw dębu słoweńskiego. Dopiero po upływie roku zostają połączone. Degustowany przeze mnie rocznik 2003 zdecydowanie przeżywa obecnie swoje apogeum. Świadczy o tym piękna, lekko ceglasta barwa oraz aromat. Po kilku łykach odczuć możemy jednak pewien niedosyt. Niezwykła aksamitność i przyjemny finisz nie są w stanie ukryć braku „tego czegoś”… Catullo jest trochę jak europejski rozgrywający – niezwykle precyzyjny i niezawodny, jednak bez brazylijskiego polotu i techniki. Urzekająca niegdyś prostota okazała się niewystarcająca. Catullo polecam wszystkim, którzy szukają wina eleganckiego, ale jednocześnie dość lekkiego i przyjemnego. Zapewniająca niską garbnikowość Corvina w połączeniu z Cabernet Sauvignon daje ciekawy, choć nie rzucający na kolana efekt. Podobnie jak utwory Katullusa, któremu zawdzięcza swą nazwę, jest zbudowane z niezwykłą precyzją i kunsztem, lecz jego głównym zadaniem nie jest zachwycać, a poprawiać samopoczucie…
  Catullo 2003
Inauguracja… Pierwsz post! Po wielu próbach i testach ruszyło. Im dłużej patrzę na tę stronę, to widzę więcej rzeczy do wymiany, ale chyba zawsze na pozątku tak jest;)

Nie wiem czy zaglądać tu będą przyjaciele, rodzina, pasjonaci wina, czy zupełnie przypadkowi ludzie. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie tu zaglądał, ale prowadzę tego bloga, bo pewnego dnia obudziłem się z taką myślą i w ramach wrodzonej konsekwencji postanowiłem ją zrealizować;)

Dlaczego Amarone? Amarone to królewska Valpolicella, najwyższej klasy wino, którego sekretem jest długowieczność. W Veneto starzy winiarze powiadają, że dobre Amarone żyje tyle co człowiek. Z początku zupełnie bez formy i wyrazu, później chaotyczne i krzykliwe, w kwiecie wieku zaś dystyngowane i eleganckie. Gdy jest traktowane z należytą troską może dożyć zdumiewającego wieku. Zakochalem się w tym winie od pierwszego kieliszka. Każdemu kto nie miał jeszcze takiej okazji, życzę tego bardzo mocno.
Pozdrawiam Konrad


  • RSS