amarone blog

Twój nowy blog

W notce tej opisane miały zostać Lidlowskie rakiety V 1 i V 2 (czyli Vespral reserva i gran reserva) za odpowiednio 15 i 16 PLN. O nich będzie jednak krótko. Wina średniej klasy, powiewające cienizną. Jednocześnie muszę przyznać, że to wina o najlepszej relacji jakości do ceny z trzech odtychczas pitych w ramach winnych wtorków (Australijski kupaż chardonay i semillon za ponad trzydzieści złotych i niemiecki riesling za prawie sześćdziesiąt zdecydowanie ustępują na tym polu). Tylko przedstawiciel handlowy lokalnego importera może spodziewać się po gran reservie za 15 złotych cudów… Moja ocena (albo z dedykacją dla „romana” z deo – nasze „wyczuwalne” oceny) 5/10.

Tutaj następuje płynne przejście do drugiego tematu. Drażni mnie wszechwiedza Polaków. Drażni mnie to, że każdy jest najlepszym kandydatem na trenera męskiej reprezentacji piłkarskiej, najlepszym minitrem finansów, a po 30 edycjach tańca z gwiazdami najlepszym jurorem tanecznym… Niestety tendencja ta dotarła również do wina w internecie, gdzie co rusz ktoś wylewa swoje nieuzasadnione frustracje na innych…

1)  Nie rozumiem ironii związanej z winnymi wtorkami. To, ze oceny są różne – często zgoła odmienne ? Jeżeli to jest prawdziwa opinia, to piszący to jest winnym dyletantem. Wystarczy wspomnieć, że na najsłynniejszej światowej degustacji w ciemno z 1976 roku wśród jurorów oceny jednego wina różniły się nawet o 11 punktów w skali od 1 do 20 ! O rozbieżnościach w obecnych konkursach nie wspomnę… Pisząc notki i degustując wino każdy się uczy… Uczymy się oceniać i degustować. Możliwość porównania z innymi naprawdę dużo daje.
2) Nagonka na wszystkie błędy, nawet te najdrobniejsze, popełnione przez MW, Vintrips itp. – po co? Bezpiecznie jest komentować i wytykać błędy sprzed własnego ekranu, gorzej jednak gdy się samemu zostanie wezwanym do tablicy…
3) Dla ziejących jadem przesyłam Panią, która niedawno swoim szpadlem pozbawiła internetu Gruzinów i Ormian…

Ostatnie tygodnie upływają mi, niczym w Ulicy Sezamkowej pod znakiem litery P oraz imienia Markus! Można by rzec (jak to w niezapomnianym show), że są sponsorami tego odcinka… Niestety za sponsoring ten przychodzi mi słono zapłacić… Bohaterem dzisiejszej notki jest Riesling Kabinett Zeltinger Himmelreich 2009 z winnicy Markusa Molitora.
Pierwsze, wzrokowe oględziny przyniosly szybką ocenę niemal przezroczystej cieczy, lekko zabarwionej akcentami słomkowymi i płowo zielonymi. Następujące po nich, wnikliwsze spojrzenie i konstruktywne dyskusje zaowocowały wspólnym stwierdzeniem, że kolor uderza bardziej w akcenty zieleni. Idąc za głosem serca można byłoby to podciągnąć pod kolor roweru mojego dziadka określony przez tamtejszą „złotą rączkę” mianem WCZESNA PAPIERÓWKA…
Drugim krokiem było wywąchanie czegokolwiek. Czegokolwiek, gdyż z racji potężnej choroby moje nozdrza wyczuwają 10% tego co za zwyczaj. Tym razem wyczuły trochę owoców cytrusowych(ananasa, skórki cytrynowej oraz czegoś co pachnie jak owoc liczi (ale tu być może poniosła mnie fantazja i zapewne tradycyjnie się doszukuję;).
Trzecim podejściem było zachłyśnięcie się degustowanym trunkiem. Pierwsze 30 ml wypite zostało z dużym smakiem i chęcią pochłonięcia większych ilości. Kolejne „dawki” notowały niestety tendencję spadkową. Z czasem riesling staje się po prostu… mdły. Zbyt „bijący po zębach” cukier resztkowy i źle zrównoważona kwasowość nie czynią z tego wina mojego faworyta. Mimo tych wszystkich mankamentów jest w degustowanym winie coś co budzi szacunek i pozytywne odczucia. Jest to coś z pogranicza elegancji, i prestiżu. Pijąc je, ma się świadomość, że jednak nie trzyma się w ręku zwykłego rieslinga…
Z wypitym w ramach trzeciej odsłony Winnych Wtorków Rieslingiem Kabinett  jest trochę jak z weselem w podmiejskim domu ludowym. Na pierwszy rzut oka bardzo elegancko: stoły uginające się pod ciężarem zastawy, ciast i owoców, krzesła nakryte stylowymi pokrowcami, w kątach szarfy i złote balony… Z czasem dostrzegamy jednak pewne przerysowanie i brak gracji, zwiewności… Niby Państwo młodzi zdecydowali się na „prestiżowe” wesele i do picia było wino, ale jednak całość wyszła jakaś taka przaśna… 

(jak na poniższym obrazku)

Na początek dla niewtajemniczonych informacja o winnych wtorkach.
Choć ideą winnych wtorków jest opisywanie wypijanych trunków (jak sama nazwa wskazuje) we wtorki, tak przekorni zawsze muszą się wyłamać. Tym razem przekorni na swoje usprawiedliwienie mają problemy z dostaniem ustalonej butelki degustacyjnej …
Nie jestem zwolennikiem sklepów internetowych (ba, jestem ich wielkich przeciwnikiem – tak samo jak FaceBoka, boazerii w kuchni i Justina Bibera…) i postanowiłem, wbrew poradom wszystkich dostać wino w sklepie „stacjonarnym”. Przemierzyłem 42 (słownie: czterdzieści dwa sklepy mniej i bardziej specjalistyczne, almy, leclerki i inne winoteki… Efekt – pustka… Dionizos nie pozwolił mi jednak zginąć na tym łez padole, a tym samym przysporzyć sobie pierwszej kompromitacji w oczach współpiszących. Wybawieniem okazał się znajomy restaurator (jedna z wielu osób, które prosiłem o pomoc i wskazówki w zdobycie wina), który butelkę Chardonnay & Semillon z 2010 od MullyGrubber niedawno dostał w prezencie od… przedstawiciela handlowego!
Kiedy zrozpaczony niepowodzeniem, we wtorkowy wieczór,  zajadałem chleb ze smalcem i ogórki małosolne, przepijając je od czasu do czasu, czystym polskim krupnikiem zadzwonił telefon. -”Siema Konrad! Mam tego austraijc

zyka” – powiedział Adam, właściciel kilku ( a właściwie dwóch: jednej małej, jednej większej) restauracji w Krakowie. Po wtorkowej biesiadzie, środa nie wydawała się najlepszym dniem do degustacji… Dodatkowych problemów przysporzył katar … Z racji wrodzonej (a może nabytej?) alergii chusteczki higieniczne potrzebne są mi przez około 320 dni w roku… Łajka poleciała w kosmos, Polska organizuje Euro, więc i ja nie mogłem się poddać (wy też nie widzicie związku logicznego w użytych przeze mnie porównaniach?). W godzinach wieczornych odkorkowałem(a raczej odkręciłem) długo oczekiwane wino…
Na wstępie duży plus za zakrętkę. Jestem zagorzałym zwolennikiem zakrętek (a nawet kapsli) w winach młodych, które nalezy pić póki są świeżutkie i mają moc! Korek nie tylko do nich nie pasuje (z racji powagi, pietyzmu i doniosłości) , ale i mąci w smaku ( polecam książkę G. Tabera „Cork or not to cork”). Teraz do rzeczy!

Staram się unikać chardonnay, bo znaleźć naprawdę dobre jest coraz ciężej. Staram się unikać kupaży z chardonnay, bo o nie jeszcze trudniej. Tym razem niestety nie było inaczej. W opisywanym winie do myślenia daje kolor – dziwny, niby słomkowy i klasyczny, ale jednak sprawia wrażenie jakby był rozwodniony, niemniej żywy i mocno połyskujący. Pierwszy nos niemal niewyczuwalny (ale z pewnością to ze względu na wiekszy niż zazwyczaj katar) w drugim trochę przerysowanych i przesłodzonych cytrusów (skórka grapefruita, ananas, kilka brzoskwinek). Zdecydowanie za mało. Nos szuka, a raczej doszukuje się czegoś czego już nie ma. W ustach bez zaskoczenia. Po całej serii wypitych w tym tygodniu win z serii „pół” australijczyk również pretenduje do tego miana. Słabo zachowany balans i brak tego na co liczyłem najbardziej  – czyli lekko orzeźwiającej kwasowości (może dobrym rozwiązaniem byłoby tu pozostawienie po fermentacji troszeczkę CO2, aby to podbić?). Świeżość wina niestety nie przekłada się na nic więcej. Więcej do tego wina nie wrócę. Nie jest obrzydliwe, nie jest też niesmaczne, ale nie jest też godne zapamiętania. Jest trochę zbyt nijakie… Któryś z blogerów napisał, że pasuje mu na „babski wieczór” – i z tą opinią się zgadzam. Krótkie, niezobowiązujące wino bez historii. Może gdybym je pił w upalny dzień nad jeziorem, to wrażenia byłyby zgoła odmienne. Tak się jednak nie stało, gdyż dokładniejsze prześwietlenie obnażyło widoczne braki i niedostatki…

Butelka ta na sklepowej półce kosztuje 29 PLN. Za trzydzieści złotych piłem znacznie ciekawsze wina. I niech ten komentarz będzie puentą… Niestety cena jaką przyjdzie mi zapłacić za opisywane chard & sem będzie znacznie wyższa, gdyż na pytanie „jak się mam odwdzięczyć za załatwienie tej butelki” , Adam odpowiedział „W maju będę miał więcej czasu, to mnie zaprosisz do Hiltona na dobrą Starkę.” …

Około trzy tysiące lat przed przyjściem na świat Jezusa Chrystusa, w północnej części Izrealea i bliskiej okolicy wzgórz Golan istniało miasto Laisz. Żyli w nim ludzie dobrzy, lecz beztroscy. Nie mieli wrogów i z nikim nie prowadzili zatargów. Trudnili się handlem i rolnictwem. Pili dużo wina, a także cieszyli się z dostatniego życia. Niestety, podobnie jak każda butelka ma określoną pojemność, tak i każdy rozkwit ma swój koniec. W drugim tysiącleciu miasto zostało złupione i podbite przez izrealitów z plemienia Dan, którzy zmienili nazwę „Laisz” na (i tutaj następuje zaskoczenie) „Dan”. Miasto zasłynęło w Bibli jako „dom Dawida”. Obecnie znajduje się tam słynne stanowisko archeologiczne, a wokół niego rozciągają się dziesiątki hektarów upraw winnej latorośli…

Monfort Village 2009 to mieszanka Carignan i Argaman. Ten pierwszy, to szczep o pochozeniu francuskim, cechujący się „mało szlachetnym” charakterem. Wytwarzane z niego są głównie wina stołowe. Aby pozbawić go pospolitego smaku winiarze często wygładzają je poprzez kupoać (chociażby z Grenache). Izraelscy enologowie postanowili je jednak połączyć z równie „płaskim” Argaman. Jest to krzyżówka portugalskiego Souzao i … Carignan! Po portugalskim „ojcu” odziedziczył ciemno purpurowy kolor (stąd nazwa, która pochodzi z lit. :Argaman – purpura), po francuskiej „matce” otrzymał w spadku wysoką wydajność i doskonałe przystosowanie do suchego izraelskiego klimatu. Lepiej dla wszystkich byłoby jednak gdyby efekty pracy eksperta od gleb wulkanicznych Roia Spiegela i enologa Sholmo Cohena wykorzystywane były w innych celach…

Monfort Vilage 2009 to wino fatalne! Płaskie w smaku i nieciekawe w nosie, a co najstraszniejsze: o obrzydliwym finiszu!
O winach izraelskich wiem tyle co nic, więc postanowiłem rozpocząć praktyczną edukację. Sięnąłem, więc po podstawowe wino z przedziału cenowego 20 – 25 PLN (bo nie sztuka zacząć od górnej półki). Już kolor – niezwykle ciemny, ale w kieliszku sprawiający wrażenie „rzadkiego” zwiastował nieszczęście. Pierwszy nos przyniósł trochę owoców leśnych, drugi … owoców leśnych wzbogaconych o zapach mokrej sierści i dymu. Największe rozczarowanie czekało jednak w ustach, gdzie już na początek przebijało się silne wrażenie „dosłodzonej półwytrawności”podsycane przez średnią taniczność, zupełnie zlekceważoną kwasowość oraz tragiczny, gorzki finisz!

Wina tego nie polecam nikomu! Barkan Winery sprzedaje rocznie 10 milionów butelek. Monfort Village stanowi istotny odsetek z tej puli. Jak to możliwe, że znajduje tylu nabywców? Nie wiadomo, czy etykieta „koszerne” mu pomaga. Nie wiadomo też, czy ten smak w połączeniu z niską ceną po prostu nie trafia w gusta dyletantów i ignorantów smakowych… Z tym winem nic nie wiadomo…

P.S. Na zakończenie słowo jeszcze o importerze. OKTAN ENERGY oprócz importu win zajmuje się również sprzedażą paliw płynnych…  Czyżby zatem szukali win, które wpisują się w ich portfolio?

Każdego winopijcę, wcześniej, bądź później dotyka swoista katalizacja smaków i zmysłów. Niektórym potrzebne są hektolitry, a niektórym kilka butelek, by przekonać się jakie smaki i aromaty nas oczarowują. Oczywiście decyzję podjąć można pochopnie i już po wypiciu kilku butelek stwierdzić, że „lubimy beczkowe z nowego świata”… Opinie te należy jednak odzielić grubą kreską od tych poważnych, przemyślanych, dojrzałych… Aby zrozumieć i docenić wino nie wystarczy go po prostu pić. Trzeba poznać krainę, szczepy, historię ludzi wytwarzających… etc. Antropologowie społeczni radzą by oceniać kulturę i jej czynniki w oderwaniu od kontekstu. Zasada ta jednak nie dotyczy dziedzin z pogranicza sztuki i nauki. Czy dzieła, które tworzył Francisco Goya w ostatnim etapie swojego życia moglibyśmy zrozumieć, gdyby nie szerszy kontekst? Czy wiedzielibyśmy, że są wyrazem sprzeciwu wobec ładu społecznego podsycanego przez artystę, który wydostał się ze szponów śmierci ? Czy to, że Goya nie bał się śmierci i igrał ze wszytskim nie rzuca choć cienia światła na jego twórczość?
Podsumowując winno-życiowe rozważania pamiętać trzeba o wybudowaniu bazy. Solidne fundamenty, zarówno w przypadku wiedzy winnej, jak i życiowych wyborów z pewnością przyczynią się do obrania odpowiedniego kursu. Później pozostaje już „tylko” trzymanie się drogi…

P.S. Notka jasna dla „wtajemniczonych” …

 

Tak naprawdę, to w tym miejscu pojawić się miała notka o kardynalnych błędach, amatorszczyźnie i oszustwach programu „kuchenne rewolucje”. W trakcie pisania postu złość i „polactwo” wyparowywały jednak ze mnie zostawiając pole na winne rozważania… Poza tym są święta…

Płynnym spójnikiem przejdę zatem do opisu ostatniej spałaszowanej butelki.

Kraj:Polska
Region: Podkarpacie, Rzeszów
Szczepy: Jutrzenka

Półwytrawna jutrzenka 2009 z Winnicy Łany zagościła na powigilijnym stole. Zadanie, z racji wcześniejszego obżarstwa, znacznie utrudnione, lecz miało ono jedynie charakter „afirmacyjny”, gdyż piłem ją już wcześniej. Sam szczep, jak wskazuje nazwa, jest odmieną rdzenie polską. Co więcej, uznaje się ją za jedną z pierwszych wychodowanych przez naszych winiarzy. Jej początki sięgają połowy lat osiemdziesiątych na terenach jasielskiej winnicy Golesz. Jest mieszanką Seyve villard i Pinot blanc, która doskonale sprawdza się w Polskich warunkach. Cechuje ją nie tylko wysoka odporność na niskie temperatury, pleśń i grzyby, ale także szybka regeneracja po uszkodzeniach oraz duże grona. Z informacji, które niegdyś uzyskałem na konwencie winiarzy, zacytować mogę, że jest to świetna uprawa zarówno dla „żółtodziobów”, jak i „wyjadaczy”. Jaka zatem była pita przeze mnie Jutrzenka? Już na wstępie uderzał jej jasny, niemal przezroczysto-słomkowy kolor. Pierwszy nos przyniósł bogactwo aromatów, które po wprawieniu kieliszka w wir uderzyło jeszcze pełniej. „Wwąchanie się” przyniosło jednak rozszczarowaniem spowodowane zbyt wąską paletą i ostrymi ramami zapachowymi niepozwalającymi błądzić myślami w poszukiwaniu ukrytych aromatów. Był jednak urodzaj cytrusów okraszony migoczącą miętą w tle. Przekładając na jędyk sportowy: bukiet grał w nosie nie jak finezyjny brazylijski napastnik, ale raczej przypominał serbskiego libero, który za wszelką cenę chce odtworzyć choć jeden z dryblingów Kaki. Wrażenie pozostało jednak pozytywne i zachęcało do wypicia. W środku, pomimo obiecujących zapowiedzi, tak dobrze niestety nie było. Pomimo stosunkowo stabilnej budowy i dobrze zrównoważonej kwasowości Jutrzenka jawi się jako zbyt chaotyczna i „wyrywająca się”… Podkreśla to jeszcze mocny i tłamszący wszystko posmak alkoholu (szczególnie na finiszu), który pozostaje na długo po przełknięciu. Z informacji znalezionych na etykiecie wyczytać można o widełkach 12 – 14 %, co pozwala skłaniać się ku górnej granicy.
Zważając na wszelkie znaki na niebie i Ziemi ocenić trzeba jednak Jutrzenkę obiektywnym językiem i nosem. Ostateczne wnioski zmierzają w kierunku pochwały i rekomendacji. Nie jest to wino rzucające na kolana, ale z pewnością warte uwagi. Doskonale sprawdzi się na rozpoczęcie kolacji wspólnie z wyrazistą przystawką (mnie po głowie chodzi pasta chrzanowa:). Podobnie jak serbskiemu rozgrywającemu brakuje mu polotu i finezji. Podobnie jak w wypadku serbkiego rozgrywającego winę możemy zrzucić na niedostetczną infrastukturę, rodzące się zaplecze trenerskie oraz ćięższe niż na Zachodzi warunki aprowizacyjne. Gdy jednak, to odrzucimy dostaniemy ambitny szcep (piłkarza), który daje poprawne wino.

P.S. Standardowym mankamentem niestety jest niedostępność w sklepach… Produkowana i butelkowana jedynie na własny użytek oraz degustacje Jutrzenka powoli wychodzi na światło dzienne i z zazdrością przygląda się swojej „deserowej siostrze”, która w czerwcu zdobyła złoty medal konkursu Vinoforum w Ostrawie.

Dużo wina musiało upłynąć zanim na blogu znów pojawiły się oznaki życia…

Przy pracy nad ponownym wskrzeszeniem internetowego twóru po raz kolejny uświadomiłem sobie, że wszystko w życiu jest sezonowe… No, prawie wszystko…

Nie sądziłem, że doczekam takich czasów… Jeśli już, to nie tak szybko i nie w Polsce… A tu proszę… Piszę tę notkę siedząc w ekspresie, który spokojnie mógłby poruszać się po torach w Niemczech i Austrii… Kabel od komputera spoczywa w gniazdku umieszczonym pod siedzeniem (i ładuje!!), z foteli nie wystaje gąbka, kontroler dziękuje za okazanie biletu, a konduktor przypomina o bagażu i cieszy się ze wspólnej podróży… Gdzie ja jestem?! Po tym niecodziennym wstępie ocena wina byłaby zupełnie zaburzona, gdyby nie popełnione wcześniej notatki. Tym razem na mój(właściwie nasz, bo niezbyt często piję sam) język trafiło sycylijskie corvo rosso z 2007 roku. Podarowane przez bliskiego przyjaciela z jednej okazji, wypitej zostało z innej… Tradycje Corvo rosso sięgają połowy XIX wieku. Jest to mieszanka nero d’Avola i Nerello Mascalese. Suknia intensywna, niemal granatowa, lekko połyskująca. W kieliszku wyczuwalne zapach owoców z przebijającą się wiśnią. Da się również wyczuć wpływ dębiny. W ustach przyjemne z niezłym balansem i dość długim finiszem. Producent (za pośrednictwem etykiety) rekomenduje temperaturę podawania pomiędzy 13 -15 C. Ja (za pośrednictwem bloga) rekomenduję jako idealne wino na niezobowiązującego letniego grilla.

Po raz kolejny jednego dnia pojawia się nadzwyczajny urodzaj notek. Klęska urodzaju sprawiła, że teraz na tapetę wzięte zostaną zorganizowane w Krakowie Dni Węgrzyna. Na początek o samej ideii. Patronat honorowy ambasady i urzędu miasta, zaproszenie czołowych producentów oraz dostosowanie profilu imprezy do wielu gustów spowodowało całkiem niezłą inaugurację cyklu (mam bowiem nadzieję, że takowe będą odbywać się rokrocznie). Motywem przewodnim pierwszego dnia były wina z okoli Egeru. Prowadzona przez dr Lajosa Gala degustacja była naprawdę imponująca. Znany pod pseudonimem „mister Bikaver” człowiek poprowadził słuchaczy w niesamowitą podróż po swoich winniacach. Na największa uwagę zasługuje zdecydowanie Egri Bikaver Superior 2006. Walczący o wysoki poziom egerskiego trunku dr Gal postanowił produkcją tego wina zapoczątkować produkcję Bikavera z górnej półki. Zalewany tanim egerskim winem rynek, zdecydowanie powinien poznać efekty jego pracy. Wino było naprawdę doskonałe. Odpowiednie zaostrzenie limitów (np.  podczas zbiorów – 8 gron zamiast 14) spowodowało, że Egri Bikaver Superior może odnieść spory sukces. Bardzo ciemna, niemal fioletowa suknia, a w kieliszku nuty czarnego pieprzu (przechodzącego w anyż) oraz przebijające się w tle czarne porzecki i maliny. W ustach niezwykle eleganckie, dobrze zbalansowane, z silnie wyczuwalnymi taninami. Zdecydowanie godne polecenia. Oprócz wspomnianego bikavera na uwagę zasługuje jeszcze Sirler z rocznika 2008. Ten czwarty, według węgrów rodzaj wina (coś pomiędzy różowym, a czerwonym) jest trunkiem krótko macerowany na skórkach, tak by nie nabrać zbyt głębokiego koloru. W efekcie powstaje wine lekko taniczne, pełniejsze w budowie (niż różowe) oraz (podobno cecha charakterystyczna) łatwo przechodzące w ustach (glicerynowe). Wyczuwalne aromaty różane i owocowe. Po powrocie z Egru do nierównego pojedynku stanęły polskie wina. Z góry skazane na klęskę nie mogły przeciwstawić się silnym węgierskim konkurentom i wywołały sporo „kąśliwych uśmiechów” wśród degustujących.
Drugi dzień upłynął pod znakiem Tokaja. Doskonali producenci (z Oremusem na czele) zaprezentowali swoje najlepsze trunki. Począwszy od wytrawnych, przez samorodnie, a na esencji skończywszy. W tej kategorii moją uwagę zwróciły 3 wina. Pierwsze z nich to Oremus Late harvest 2006. Nazwa świadcząca o późnych zbiorach jest, jak przyznał sam producent, nowym pomysłem marketingowym. Owe „późne zbiory” rozpoczynają się w momencie, gdy przynajmniej 50% gron jest zasuszonych przez wszechomocne botrytis. Bardzo oleiste wino o niezwykłych miodowych aromatach doskonale sprawdza się jako digestiw. Nie za słodkie, dobrze wyważone o przyjemnym, sługim finiszu. Nieco inny styl reprezentuje 5 putoniowy Tokaj Oremus z 2002 roku.  Piękna ciemnozłota barwa ze słomkowymi refleksami; aromat orzechów skąpanych w miodzie,a  do odpowiedni balans i oleistość. Według winiarzy przed tymi winem rysują się dobre perspektywy na przyszłość, toteż warto zachomikować choć jedną butelkę. Ostatnim z opisywanych tokajów będzie Eszencia z 2000 roku. Wino, które bardziej przypomina syrop i zawiera między 800, a 900 g cukru na litr, ma piękną złocisto-burstztynową, mocno błyszczącą, suknię. Po „wwąchaniu sie” w kieliszek wyczuć możemy tłusty miodowy zapach w kwiatowym otoku. W ustach przyjemne wrażenie sprawia gęsta „faktura syropu” połączona z niską zawartością alkoholu(6,5%). W 2000 roku z 1ha udało się wyprodukować zaledwie 2,5 litra eszenci, toteż jej astronomiczna cena nie powinna nikogo dziwić. Z pewnością jednak warta jest tych pieniędzy, w końcu to vinum rex, rex vinorum.
Na zakończenie gratulacje dla CV, urzędu miasta i pozostałych organizatorów za naprawdę dobrą imprezę w której można było wysłuchać ciekawych wykładów i wziąć udział w profesjonalnej degustacji, ale również napić się na małym rynku „byczej krwi” z plastikowego kubeczka…

Egri Bikaver Superior z twarzą Leonardo symbolizującego renesans wielkich win egerskich

Moje zachwyty nad Mołdową i mołdawskimi (lub też mołdowskimi) winami zostały nieco zweryfikowane podczas ostatniego grila. Podczas uprawiania ulubionej i jedynej dyspcypliny sportu w której zdobywamy medale (co roku polacy wygrywają mistrzostwa świata w grilowaniu…)towarzyszyła nam butelka Cricova Codru 2001. 11 procentowa bordoska mieszanka szczepów w wykonaniu mołdawskim wypadła dobrze, choć (zapewne nie z własnej winy) nieco rozczarowała. Na początek niezbyt wyrazisty bukiet z lekko dającymi się wyczuć aromatami czarnej porzeczki i wiśni. Nos sprawiał jednak wrażenie nieco „zwietrzałego”… W ustach nieźle zbudowane, bardzo mocno taniczne, jednak znów pojawia się coś dość specyficznego, coś co określić można jako „czerstwość wina”. Całość sprawiała wrażenie jakby w Codru zabrakło jednego z istotnych elementów, jakby coś się ulotniło. Możliwe, że złe przechowywanie na mołdowskich półkach, lub jakaś wada przeszkodziły mu zaprezentować się w pełnej krasie. Możliwe również, że zostało otwarte zbyt późno. Tak, czy inaczej grill u babci okazał się całkiem udany;)


  • RSS